"Cholera, po co ja o tym wspominałam... " >> wtorek, 8 lipica 2008 14:20:49
Wszystko przez Guild Wars, DragonForce i metal. I Szin, dla której to piszę xD. Gańcie mnie za napływ weny, ludzie!


***



Na dworze zagrzmiało mocno, a wiatr zerwał się nagle; Adelaide momentalnie otworzyła oczy, obudzona przez zaczynającą się burzę. Od razu zauważyła coś niepasującego do otoczenia, które zawsze widziała po obudzeniu się – czarna pościel, czarne zasłony, czarne meble i nieskazitelnie białe ściany, w tym jedna tego samego koloru co rzeczy w pokoju. Aide nie miała już wątpliwości, że znajduje się w sypialni Pein’a.
Podniosła się i lekko skuliła, trąc lekko skronie. Wydarzenia z dnia poprzedniego wreszcie ukształtowały się w jej umyśle na gotowe do odtworzenia informacje.
Wskrzeszenie Azmarii i sprowadzenie jej do kryjówki Akatsuki.
Pamiętała też, że ze zmęczenia zasnęła z głową na kolanach Pein’a. Przez chwilę poczuła do siebie żal, ponieważ nie zamierzała przebaczać liderowi tak szybko. Zabił przecież jej własną siostrę, a to, że ją potem wskrzesił nie do końca było w stanie wymazać jego grzechy.
Odkryła kołdrę i wstała, od razu kierując się w stronę, również czarnych, drzwi, które łączyły pokój z gabinetem. Lekko je uchyliła i wyjrzała – nie chciała wychodzić, bo nie miała na sobie nic więcej poza bielizną.
- Długo spałaś. – usłyszała beznamiętny głos Pein’a. Bez słowa weszła do środka. Lider jak zwykle siedział przy biurku i przeglądał różne dokumenty, ale gdy stanęła przed nim wyczekująco, odłożył wszystkie na bok blatu.
- Czekam na wyjaśnienia. – powiedziała, zakładając ręce na piersi.
- Jakie wyjaśnienia? – spojrzał na nią bezwyrazowo, opierając plecy o tył swojego fotela.
- Jak to jakie? Dlaczego nie jestem u siebie w pokoju, ot co! – warknęła.
- Azmaria została położona w twoim łóżku, więc nie miałabyś gdzie spać.
- Mam jeszcze sofę, liderze...
- Byłoby ci na niej niewygodnie.
Zmrużyła oczy, ale nie odpowiedziała. Zdawała sobie sprawę, że Pein stara się być dla niej jako-tako miły.
- Zresztą – przerwał chwilową ciszę. – miałem prawo za tobą zatęsknić przez te trzy tygodnie, nieprawdaż?
- Miałeś. Fakt. – mruknęła posępnie. – A co z Azmarią? Co zamierzasz z nią zrobić?
- Póki co śpi. Ookamu powiedział, że przyjdzie, jeśli już wstanie. Kazałem mu jeszcze przynieść jej jakieś ubrania i rzeczy osobiste.
- Kazałeś... – przewróciła oczami.
- I tak nie miał co robić. – odparł. – Zostanie u nas ze dwa tygodnie i przy okazji dowiesz się od niej co nieco o homunkulusach.
- I co? Będzie siedzieć tak przez te całe dwa tygodnie w kryjówce? – spytała oczekująco, z niewielką irytacją.
- Tak. – powiedział, wciąż bez jakichkolwiek uczuć. – Ewentualnie jednorazowo przydzielę ją do kogoś, choćby Kisame i Itachi’ego, żeby dokładniej sprawdzić jej umiejętności.
- Itachi i Kisame? Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł...
Pein nagle wstał, na co Aide automatycznie zamilkła.
- Szczerze mówiąc, wszystkie moje postępowania związane z Azmarią są tylko i wyłącznie dla ciebie. Ta dziewczyna zupełnie mnie nie obchodzi, ani tym bardziej interesuje. Sama sobie znajdzie zajęcie na ten czas. – podszedł do niej i stanął naprzeciw, spoglądając z góry wprost w jej oczy. – Póki co ja muszę zająć się tobą.
Delikatnie objął ją wokół talii i pocałował namiętnie w usta, ale nie trwało to długo; po chwili ponownie usiadł w swoim fotelu, wzroku nie odrywając od lekko speszonej Adelaide.
- Idź do sypialni i przebierz się w strój, który wisi na wieszaku przy szafie. Możesz też skorzystać z łazienki obok. Niedługo zaczynamy trening. – oznajmił beznamiętnie, po czym skinął ręką na drzwi do swojego pokoju.
- Strój? – zdziwiła się Adelaide.
- Tak. Strój. Powinien ci się spodobać.
Bez słowa przeszła do sypialni lidera i zamknęła za sobą drzwi.

***


Azmaria pokręciła się jeszcze chwilę w łóżku, aż w końcu mozolnie otworzyła oczy. Widok był trochę inny, niż się spodziewała – ciemnofioletowa pościel, czarny baldachim nad łóżkiem, tego samego koloru meble i białe ściany. To zdecydowanie nie był jej pokój. Z lekkim zdziwieniem stwierdziła też, że nie ma nic na sobie. Gdzie ona do cholery jest?
Uniosła się lekko na łokciu, wolną ręką trzymając pościel; rozejrzała się. W jednym z foteli siedział blady chłopak o niebieskich włosach i charakterystycznych, ciemnych rogach.
- O. Obudziłaś się. – powiedział, unosząc lekko głowę. Na twarzy Azmarii natychmiast pojawiło się zarówno przerażenie, jak i wściekłość.
- KIM TY DO CHOLERY JESTEŚ?! – krzyknęła głośno, histeryzując. – I co ja tu do kurwy nędzy robię?!
Chłopak natychmiast wstał i ułożył ręce w uspakajającym geście.
- Ciiicho bądź. – szepnął. – Jestem Ookamu, pilnuję twojej siostry w zastępstwie za Lucyfera.
Azmaria momentalnie się uspokoiła, słysząc imię swojej siostry, ale wciąż czuła niepokój. Nadal nie wiedziała, dlaczego leży naga w nieswoim łóżku, więc naturalnie żądała wyjaśnień.
- Jesteś w kryjówce Akatsuki, w pokoju Adelaide. – powiedział demon, z rozmachem padając na fotel. Na tą informację Azmaria się zdziwiła. – Nic nie pamiętasz? Wczoraj zostałaś wskrzeszona. A wcześniej Pein cię zabił. I z tego co wiem, homunkulusy nieźle cię wykorzystały. Przypomnij sobie!
Obrazy z wcześniejszego życia natychmiast pojawiły się przed jej oczami. Przypomniała sobie moment, w którym straciła pamięć i jak się potem zachowywała. Pamiętała też Rey’a i Hannah, homunkulusów, którzy zajmowali się jej wychowywaniem oraz jej rolą pośród ich szeregów. Wszystko, dosłownie wszystko z tych dni natychmiast trafiło do jej głowy, która natychmiast rozbolała od zbyt dużego napływu informacji. Najgorsze było wspomnienie śmierci – niemal czuła ten sam przerażenie, ból i swoistą pewność siebie w walce z Pein’em, a później uczucie samego umierania.
Zaraz... czy to znaczy, że ona nie jest już homunkulusem?
- Widać, że sobie przypomniałaś – odezwał się nagle Ookamu. Azmaria dopiero teraz zdała sobie sprawę, że mocno się kuli i jedną ręką trzyma bolącą głowę; wyprostowała się, wciąż zakrywając pościelą. Przez kilka sekund zdawało jej się, że wszystko drży.
- Gdzie jest moja siostra? – spytała, na co demon wzruszył ramionami.
- Wiem tylko, że z Pein’em. – odpowiedział. Azmaria natychmiast poczuła gorycz i żal, przez nawet samą wzmiankę o tych dwojga w jednym zdaniu.
„Dlaczego Adelaide jest teraz z Pein’em?”
- A kiedy wróci? – rzuciła ze zdenerwowaniem.
- Nie wiem. Miałem powiedzieć Pein’owi, że się obudziłaś, więc pewnie on przekaże to Aide. – powiedział cicho, po czym wstał. – Byłbym zapomniał, tu masz swoje rzeczy. Nie wiedziałem, jakie wziąć, więc wrzuciłem wszystko, co było na wierzchu. – skinął na sporych rozmiarów torbę przy łóżku. – I uspokój się, nigdzie nie wychodź. Przypominam, że to kryjówka Akatsuki, sami seryjni mordercy.
Azmaria rzuciła mu zszokowane spojrzenie, a Ookamu się tylko uśmiechnął, po czym zniknął w szarawych płomieniach.

***


Adelaide przejrzała się w ogromnym lustrze przy łóżku – strój, w jaki kazał jej się przebrać Pein, był doskonale dopasowany do jej ciała, a wykonano go z czarnego, przyjemnego w dotyku materiału, Aide nie wiedziała do końca jakiego.
Jeśli tylko wszystko będzie w porządku z Azmarią, będzie gotowa wybaczyć Pein’owi. Ten ostatni raz.
- Pein, ten strój jest świetny! – powiedziała z lekką radością, wchodząc ponownie do gabinetu lidera. – I idealnie dopasowany. Skąd znasz moje wymiary? W sklepie na pewno nie kupiłeś.
- To prawda. Nie bywam w sklepach. – odpowiedział, mierząc ją wzrokiem. Nie zdążył nic dodać, gdyż po krótkiej chwili pojawił się Ookamu, wyłaniając się z szarego dymu.
- Azmaria się obudziła. – powiedział, wyczekująco spoglądając na Adelaide. Ta, jak na zawołanie, uśmiechnęła się szeroko.
- Pamięta cokolwiek? – spytał Pein beznamiętnie. Ookamu kiwnął głową.
- Wygląda na to, że tak. Gdy wspomniałem o Adelaide, od razu się uspokoiła, a później mówiła o niej jak o siostrze. Musiała więc sobie przypomnieć... trochę. – oznajmił.
- Czyli pamięta wszystko sprzed utraty pamięci. – podsumowała Adelaide, podchodząc do Pein’a.
- Na to wygląda. – mruknął lider, spoglądając na nią przelotnie. – Niedługo do niej pójdziemy.

***


Azmaria, już ubrana, stanęła przed wielkim lustrem w pokoju i uniosła lekko bluzkę. Chciała sprawdzić, czy oczy ją nie myliły, ale znaku Urborosa naprawdę nie było na jej brzuchu. Przetarła oczy i ponownie spojrzała na miejsce, gdzie jeszcze przed śmiercią widoczny był jedyny dowód na to, że jest homunkulusem.
Nic. Normalna skóra. Najzwyklejsza.
Nagle poczuła charakterystyczny zapach siarki i od razu się odwróciła – przy łóżku pojawił się Pein z Adelaide, a zaraz po nich Ookamu. Czarnowłosa od razu do niej podbiegła i rzuciła jej się na szyję.
- Az! Ja już myślałam, że nigdy nie przywrócę ci życia! – szepnęła radośnie, drżącym głosem. Azmaria odwzajemniła uścisk, ale nie na długo, gdyż Aide puściła ją po kilku dłuższych chwilach. – Jak się czujesz? Wszystko pamiętasz? – spytała podejrzliwie, a białowłosa tylko się uśmiechnęła. Widok siostry od razu poprawił jej humor.
- Czuję się świetnie! I tak, wszystko pamiętam. Zarówno sprzed chwili, w której utraciłam pamięć i po. – oznajmiła radośnie. – I nie jestem już homunkulusem.
- Nie jesteś? – zdziwiła się Aide. Az kiwnęła głową.
- Nie jestem. Gdy użyłaś kamienia, przywróciłaś moje „normalne” ciało i duszę. – uśmiechnęła się. – A właśnie, wiem tylko, że jestem w twoim pokoju w kryjówce Akatsuki. Kiedy będę mogła wrócić do domu? – spytała po chwili, rzucając jej oczekujące spojrzenie.
- Nieprędko. – odezwał się Pein, podchodząc bliżej do obu sióstr. Różno oka zlękła się na sam jego głos, wbijając wzrok w podłogę. – Homunkulusy, jak zapewne się domyślasz, nie dadzą ci spokoju jeszcze przez długi czas, dlatego zostaniesz tu ze dwa tygodnie, a później ewentualnie odeślę cię do domu.
- I mówi to człowiek, który mnie zabił. – mruknęła pod nosem. Lider posłał jej pogardliwe spojrzenie.
- I wskrzesił. – warknął, po czym skinął do Adelaide. – Idziemy.
- Gdzie? – zdziwiła się czarnowłosa, odwracając w jego stronę.
- Trening. – rzucił, po czym ręką przysunął ją do siebie. Drugą zaś ułożył odpowiednio, gotowy do przeniesienia.
- Moment! – zatrzymała ich Azmaria. Oboje natychmiast na nią spojrzeli, co ją trochę speszyło. – Co mam tu robić? Nic mi nie wyjaśniłeś! – zwróciła się z lekkim poirytowaniem do lidera Akatsuki.
- Czy to nie oczywiste? Masz tu siedzieć. – odparł ze zniecierpliwieniem.
- Przez cały czas? I tyle? – rozłożyła pretensjonalnie ręce.
- Tak. Jakiś sprzeciw?
Założyła ręce na piersi. Po tym, jak ją zabił autentycznie zaczęła się go bać, o wiele bardziej niż dawniej. Kiedyś był to strach naprawdę niewielki, nawet nie do końca strachem nie można było tego nazwać. Teraz to się zmieniło.
Adelaide nagle opuściła rękę rudowłosego, którą ją obejmował i podeszła do szafy. Z jej dna wyciągnęła torbę na laptopa, kilka kabli, opakowań na płyt i komórkę, której nie używała już od ponad roku. Telefon rozbroiła, wyciągnęła swoją kartę, po czym odrzuciła ją na dno szafy.
- Póki co tylko tyle mogę ci zaoferować. – rzuciła do białowłosej, kładąc wszystkie rzeczy na łóżku. – W torbie znajdziesz laptopa, dysk przenośny z filmami, mp4, a te kable służą do wszystkich tych rzeczy. A tutaj – wskazała na opakowania na płyty. – są gry i kilka płyt różnych zespołów. Możesz też używać wszystkich rzeczy, jakie tylko znajdziesz w moim pokoju, poza szafką przy łóżku. A ty Ookamu, skocz do jakiegoś sklepu i przynieś Azmarii starter jakiejkolwiek telefonii komórkowej, żeby mogła z Ed’em porozmawiać. – podała siostrze komórkę, po czym wróciła do Pein’a.
- Skończyłaś? – spytał ponuro.
- Tak. – kiedy to powiedziała, oboje zniknęli w siarkowym dymie. Ookamu rzucił Azmarii znudzone spojrzenie.
- Czyli jesteśmy skazani na siebie. Poczekaj tu na mnie, a przyniosę ci... ten starter, czy co tam to było. – mruknął, wsadził ręce w kieszenie i znikł, zostawiając Azmarię samą. Dziewczyna westchnęła, usiadła i zaczęła przeglądać wszystkie rzeczy, jakie Adelaide jej zostawiła.

***


Gdy weszli na salę treningową Adelaide rozejrzała się – chociaż była tu wiele razy, nie zwracała uwagi na mosiężne ściany, zbudowane prawdopodobnie nawet z tytanu.
- Wytłumacz mi wreszcie, po co tu jesteśmy. – zatrzymała się przy metalowych ławkach stojących przy wejściu. Na jedną z nich Pein rzucił swój płaszcz, po czym przeszedł na środek ogromnej sali. Jego kroki odbijały się echem po ścianach.
- Przez cały ten czas kiedy cię nie było miałem sporo czasu na zastanawianie się. – oznajmił, stając w miejscu. Odwrócił się do niej przodem. – Teraz chcę sprawdzić twoje umiejętności.
- To znaczy? Jak chcesz je sprawdzić? – rzuciła podejrzliwie.
- Walcz ze mną.
Adelaide oniemiała.
- Nigdy! – założyła ręce na piersi. – Nie zmusisz mnie do walczenia z kimś, kto zabiłby mnie jednym atakiem!
- Spokojnie, przecież cię nie zabiję, ani tym bardziej zrobię coś złego.
Rzuciła mu wściekłe spojrzenie. Nie mogła w takich sprawach wierzyć komuś, kto zabił jej własną siostrę.
- Przecież wiesz, że ja nie rzucam słów na wiatr – powiedział ponuro. – Wciąż pewnie masz do mnie żal za Azmarię, więc po prostu się na mnie wyżyj. Ja przy okazji sprawdzę twoje umiejętności – dodał po chwili; Adelaide podniosła na niego wzrok.
- Ja mam atakować, a ty będziesz się bronił? – spytała.
- Nie do końca. Ja też będę atakował, więc i ty będziesz musiała się bronić. Pasuje? – spojrzał na nią pytająco.
- No dobrze... – mruknęła, opuszczając ręce. Podeszła do niego bliżej, a za nią ślizgająca się po podłodze czarna esencja.
- Zaczynaj.

***


Azmaria jeszcze raz spróbowała wpisać na ekran numer Ed’a, ale wciąż nie mogła sobie przypomnieć ostatniej cyfry. Osiem, czy siedem? A może sześć...? Nie pamiętała.
- Ookamu – zwróciła się do demona, który od razu na nią spojrzał. – Nie mógłbyś mnie przenieść do Ed’a?
- No co ty! – żachnął się. – Ten cały Pein by mnie zabił, gdybym cię stąd zabrał. A Lucyfer to już w ogóle...
- No, ale Ookamu... – jęknęła Az, ale niebiesko włosy natychmiast zaprzeczył szybkim ruchem głowy.
- Nie! Nawet o tym nie myśl!
Odwrócił się do niej plecami i zgarbił, a śmiesznie to wyglądało, bo siedział na podłodze przy ścianie. Azmaria uśmiechnęła się do siebie lekko, ale i westchnęła, ponownie próbując wykręcić odpowiedni numer do Ed’a. Przez kolejne kilka minut zastanawiała się nad ostatnią cyfrą... aż wreszcie wpisała odpowiednią – 5!
Usłyszała sygnał. Teraz tylko poczekać, aż Ed odbierze. Minęła chwila i włączyła się sekretarka, bardzo prostej treści - „Edward Elric. Proszę o zostawienie wiadomości.”
- Cześć, Ed... tu Az. Niedługo się spotkamy. – powiedziała, po czym się rozłączyła. Nie chciała zostawiać dłuższej wiadomości, nie było sensu.
Odłożyła komórkę i wróciła do grania w jedną z gier Adelaide. Co prawda, nie wyobrażała sobie spędzać każdego dnia w taki sposób, nie przez całe dwa tygodnie, ale cóż innego mogła robić? Miała tylko nadzieję, że znajdą jej lepsze zajęcie.

***


Adelaide przez dłuższą chwilę stała bez ruchu, ale w końcu padła na plecy z charakterystycznym łoskotem. Pein otarł ściekającą po policzku krew i podszedł do na wpół przytomnej dziewczyny.
- Nie zrobić nic złego... też mi coś... – szepnęła, wbijając w niego swój wściekły wzrok. – Przez ciebie nie mogę się nawet ruszyć!
- Uspokój się, Adelaide. – warknął, klęknął przy niej i położył rękę przy jej szyi. – Może przez chwilę zaboleć.
Poczuła nagłe, mocne ukłucie w klatce piersiowej, ale cały ból szybko ustąpił, włącznie z tym, który czuła już wcześniej. Odetchnęła i beż żadnych problemów podniosła się do pozycji siedzącej.
- Dzięki... – mruknęła, ale zanim zdążyła cokolwiek dodać, Pein pocałował ją namiętnie w usta, przygniatając do siebie jedną ręką. Co najmniej pół minuty później puścił ją, wstał i podszedł do ławki pod ścianą, z której podniósł swój płaszcz. Adelaide szybko się podniosła i znalazła przy nim niedługo później.
- Zdaje się, że chciałaś pobyć trochę z Azmarią. – powiedział, zakładając płaszcz na siebie. – Informuję cię, że możesz do niej iść. Ja oczywiście przyjdę w odpowiednim czasie. – dodał po chwili. Adelaide spochmurniała.
- I tak bym poszła. Nie potrzebuję twojego pozwolenia. – mruknęła pod nosem, a lider posłał jej znudzone spojrzenie.
- Mimo wszystko wolisz je uzyskać, czyż nie?
Założyła ręce na piersi, ale nie odpowiedziała. Wszystko przez to, że Pein miał rację, cholerną rację, której tak nie lubiła mu przyznawać. Uśmiechnął się słabo i ponuro, niemal niezauważalnie, po czym ruszył w stronę wyjścia z sali.

***


Ed przeciągnął się i podniósł, wzrokiem szukając swojej komórki. Wiedział, że dzwoniła, ale nie miał ochoty odbierać. Od kiedy czekał na jakąkolwiek wiadomość od Adelaide potrafił spać dniami i nocami, chociaż właściwie powinien czuwać. Azmarii brakowało mu, jak nigdy dotąd i o wiele bardziej niż kiedykolwiek, co tak mocno działało na jego psychikę, że niemal w ogóle nie jadł i nie pił. Wychudł potwornie.
Jest. Telefon. Hm, kto mógłby zostawić mu wiadomość na poczcie głosowej? Przez chwilę dumał nad komórką, po czym wcisnął odpowiedni klawisz i przyłożył ją do ucha.
„Cześć, Ed... tu Az. Niedługo się spotkamy.”
Rozdziawił usta, a komórka wypadła mu z rąk, spadając najpierw na łóżko, a później na podłogę.
Czy to był głos Az...? Niemożliwe...!
Przez dłuższą chwilę nawet się nie poruszył, ale nagle gwałtownie zaczął się rozglądać za telefonem. W końcu, kiedy zauważył, że leży na podłodze, podniósł go i natychmiast zaczął stukać w klawisze. Szybko wychwycił numer, z którego dzwoniła prawdopodobnie Az i natychmiast oddzwonił.
Nic. Zero sygnału.
Wydał z siebie zduszony jęk, po czym westchnął głęboko i zadzwonił jeszcze kilka razy, bez skutku. Szybko zrzucił z siebie kołdrę, zeskoczył na podłogę i wybiegł z pokoju.

***


- Boże, jak ja go... – mruknęła do siebie Aide, wchodząc do pokoju. – Jak tam, Az? Nie nudzisz się?
Białowłosa siedziała po turecku na łóżku przed rozłożonym laptopem. Spojrzała na siostrę i uśmiechnęła się.
- Nie, jest dobrze, ale wiesz, nie zamierzam codziennie spędzać tak czasu. – odpowiedziała, po czym zamknęła komputer, a Adelaide przysiadła na łóżku obok niej i położyła się na brzuchu.
- Wiem, wiem... Pein wspominał coś, że wyśle cię na misje z kimś z Akatsuki, żeby sprawdzić twoje umiejętności... – westchnęła. Azmaria podniosła na nią wzrok.
- A z kim? – zainteresowała się. Potrafiła poznać niektórych członków Akatsuki z wyglądu, bo często przychodzili do Aide, kiedy jeszcze mieszkały razem.
- Tego jeszcze nie wiem. To znaczy... Pein powiedział, że z Itachi’m i Kisame.
Itachi. Azmaria doskonale pamiętała imię jednego z najgroźniejszych przestępców w całej Japonii.
- Ach, no dobrze. – wyszczerzyła się odruchowo, a na twarzy czarnowłosej pojawiło się zdziwienie.
- Akceptujesz to? I Itachi’ego? Kisame? – spytała podejrzliwie.
- Nie będę się sprzeciwiać... – mruknęła, lekko speszona dociekliwością siostry. Chciała po prostu poznać tych dwoje, w szczególności czarnowłosego Itachie’go. Chociaż bardziej wolałaby wrócić do Ed’a, lepsze to niż nic.
- Cała Az – uśmiechnęła się Adelaide. – Nawet nie wiesz, jak za tobą tęskniłam.
- Ja za tobą też... chociaż przez ten cały czas byłam martwa – mruknęła, odwzajemniając uśmiech. Wbiła wzrok w laptopa przed sobą. – Adelaide, a Pein... wybaczyłaś mu za tą moją śmierć?
- No mniej więcej – przewróciła oczami. – A co?
Azmaria nie odpowiedziała; przygryzła wargę, bawiąc się kawałkiem narzuty.
- Chodzi ci o to, że nie powinnam mu wybaczać? – odezwała się starsza z sióstr, przerywając głuchą ciszę. – To prawda, ale z drugiej strony on cię wskrzesił. Bez niego nawet by cię tu nie było... – dodała, nieco ponuro. Azmaria podniosła na nią wzrok.
- Właśnie. Wiem, że mnie zabił, a później dzięki niemu przywrócono mi życie... ale co dalej? Nic nie wiem, co się działo, kiedy... powiedzmy, byłam w zaświatach. – szepnęła cicho.
- Nie żyłaś przez trzy tygodnie, a ja szukałam Kamienia dwa. Plan był taki, że jak go stworzę lub komuś podkradnę to Ed cię wskrzesi... ale nagle pojawił się Pein z Kamieniem i facetem, który odwalił całą robotę. – mówiła, patrząc przed siebie, jakby wszystko porządkowała w swoich myślach. – Właśnie, niedługo zabiorę cię do Ed’a. Tak wychudł, że aż... strach, po prostu. I wyrósł! – dodała po chwili, spoglądając na siostrę. Białowłosa ponownie przygryzła wargę.
- W takim razie chcę iść do niego teraz! – szepnęła. – Proszę, Adelaide...
- Spokojnie. Teraz nie możemy... – zaczęła po dłuższej chwili czarnowłosa, ale zamilkła, widząc łzy spływające po policzkach Azmarii. Podniosła się i objęła ją ramieniem. – Cholera, po co ja o tym wspominałam... Zobaczę, co da się zrobić...
- Ale Aide, ja muszę do niego iść teraz... skoro wychudł, to pewnie przeze mnie! – jęknęła, wtulając się w ramię siostry.
- Tak od razu tego nie załatwię. Będziesz musiała poczekać... – próbowała ją uspokoić, ale ni stąd ni zowąd Azmaria nie mogła przestać płakać.
I po piętnastu minutach zasnęła.
komentarze [0]

"Chyba darujesz mi mój, powiedzmy, „grzech”?" >> czwartek, 3 lipica 2008 19:55:30
Odradzam czytac, jesli nie ma sie wolnego czasu xD. Moze w tym byc mnostwo bledow, bo duzo napisalam... ale staralam sie zadnych nie popelniac! A dedykacja... DLA SIOSTRY! :3333
Luvam ciem, Szyyyn *____*

***


Kolejne dni mijały, ale Adelaide nie zbliżyła się do zdobycia Kamienia nawet odrobinę. Chociaż wiedziała, jak go wytworzyć, wciąż się gubiła; a to nie mogła znaleźć odpowiedniego miejsca, a to zbyt mała ofiara, a później mętlik w głowie i wszystko od nowa. Każdego dnia ze zrezygnowaniem wracała do domu, a Ookamu, nie mający innego wyjścia, za nią.
- Adelaide, cholera, to już staje się nudne! – krzyknął, kiedy późnym wieczorem przechadzali się po Akumu. To był już trzeci tydzień od śmierci Azmarii, a drugi odkąd przysięgła zdobyć kamień. Pein’a nie widziała od kiedy pojawił się po raz pierwszy w jej starym domu.
- Spokojnie, Ookamu. Póki Lucyfer jest w piekle... ty mnie chronisz. – uśmiechnęła się ironicznie.
- Cholerny demon! – warknął. – Jakby sam nie mógł...
- On jest władcą i to ty musisz się mu podporządkować – powiedziała, już bardziej przyjaźnie. Niebieskowłosy spiorunował ją groźnym spojrzeniem.
- Jaki to władca! Nie powiększa swojego terytorium, nie chce wojen... co to za władca... – mówił chaotycznie, jakby żywcem wyrywał swoje myśli i przenosił je do świata realiów. Aide rzuciła mu przelotne spojrzenie.
- Ookamu... tak to już jest. Jedni służą innym, inni władają jeszcze innymi... – skrzywiła się na swoje słowa. Przez chwilę poczuła się, jakby mówiła o sobie. – Tak czy inaczej, zamiast rywalizować z Lucyferem powinieneś zdobyć w nim sojusznika! – dodała po chwili poważnie.
- On mi nie ufa. – mruknął.
- To logiczne, że ci nie ufa. Jeśli byłabym nim też nie ufałabym komuś, kto chciałby odebrać mi władzę!
Ookamu zgarbił się i wsadził ręce w kieszenie.
- Taa...
Adelaide zamilkła, widząc, że demonowi najwyraźniej nie pasował temat do rozmowy. Zawróciła i skierowała się prosto do domu, wybierając drogę przez miasto. Co prawda, tym samym narażała siebie, w końcu ktoś mógł ją poznać, ale przecież było późno – kto >normalny< o tej porze wychodzi z domu?
Zaczęło kropić.

***


Envy wytrzeszczył oczy, obserwując, jak Kamień Filozoficzny znika na dłoni lidera Akatsuki, pochłaniany przez czarny ogień. Rey, stojący obok wydał z siebie głuchy syk pełen niezadowolenia i irytacji.
- Jak... śmiesz...! – wydusił z siebie zielonowłosy i natychmiast zaatakował. Przez chwilę zdawało się, że lider nie poradzi sobie z odparciem ataku, ale odsunął się, wyciągnął lewą rękę i w idealnym momencie złapał Envy’ego za szyję. Bez słowa zamachnął się i rzucił nim, a homunkulus z ogromną szybkością i siłą uderzył w drzewo obok. Gdy się podniósł, otarł twarz z kurzu i posłał mu mordercze spojrzenie.
- Nigdy ze mną nie wygracie... choćby była was i setka. – mruknął lider obojętnie i złączył ręce; nie minęła chwila, a w miejscu, gdzie przed chwilą stał unosił się jedynie szary dym o zapachu siarki.
- KURWA MAĆ! Cholera! Pieprzony facet! – wrzasnął Envy na całe gardło i uderzył pięścią w drzewo, na które rzucił go rudowłosy. Pień rozpadł się na miliony drzazg, a korona upadła z hukiem, wyrzucona wcześniej w powietrze na kilkanaście metrów. Rey natomiast stał, cały roztrzęsiony ze złości.
- Zabiję go... Zabiję...! – mówił do siebie zduszonym głosem.
- Wracamy do Ojca! Nie możemy już ignorować tego skurwiela. To WOJNA, do kurwy nędzy! – warknął Envy, na co Rey po dłuższej chwili przytaknął. Oboje biegiem ruszyli w stronę przepaści, za którą rozciągał się widok opustoszałego, palącego się miasta. Ognista łuna rozciągała się na horyzoncie, a dym zakrywał nawet księżyc.
Skoczyli.

***


Adelaide, ciągnąc za sobą Ookamu, przedzierała się przez tłum ludzi, a z jego pomocą wreszcie znalazła się najbliżej możliwie zdarzenia, jakie zaistniało przed kilkoma chwilami. Ludzie piszczeli, krzyczeli i prowadzili żywe dyskusje, tworząc hałas wręcz nie do zniesienia.
Na ziemi zobaczyła martwe ciało mężczyzny w podeszłym wieku; był tak blady, że sprawiał wrażenie, jakby odpłynęła z niego cała krew. Zresztą, to było możliwe, bo leżał w ogromnej, wręcz gigantycznej kałuży czerwonego płynu. Na jego twarzy widniał grymas przerażenia – miał wydłubane oczy, a z oczodołów unosił się w górę jakiś dziwny, purpurowy obłok.
Adelaide zastanowiła się przez chwilę. Zdawało jej się, czy naprawdę kiedyś widziała podobną sytuację? Tłum ludzi napierał od tyłu do tego stopnia mocno, że niektórzy się wręcz przewracali. Nagle Aide poczuła, że ktoś łapie ją jedną ręką wokół talii... i wszystko się rozpłynęło.
Kiedy otworzyła oczy zdała sobie sprawę, że znajduje się na szczycie jakiegoś budynku, chyba nawet w Akumu, a na niebie kłębią się ciemne chmury. Wokoło było niezwykle cicho, jedynie wiatr świszczał przez wybite framugi w oknach. Gdy rozejrzała się po trochu, była już pewna, że jest w starej, opuszczonej dzielnicy.
- Spokojnie, nic ci nie grozi. – usłyszała i natychmiast się odwróciła. Dosłownie przy niej stał Nagato i to zapewne on ją przeniósł. Odsunęła się na kilka metrów, a Nagato zmienił się w rudowłosego Pein’a, prawdziwego lidera Akatsuki. – To ja zabiłem tego faceta, jak już pewnie się domyśliłaś. Gdyby nie to, nie udałoby mi się przyprowadzić tu ciebie... samej.
Założyła ręce na piersi i skuliła się – wiatr wiał mocno z południowego wschodu, a ona miała na sobie tylko letnią sukienkę i jak zwykle buty na obcasie; jej loki unosiły się razem z wiatrem, przez co musiała co chwila je poprawiać.
- No i? Czego ode mnie oczekujesz? Znowu ci mało, chcesz zabić? – pytała, nie patrząc na niego, a jej głos drżał lekko.
- Nawet o tym nie myśl! – warknął. – Mam coś, czym się z pewnością zainteresujesz. – dodał, już spokojniej.
- Co to niby może być...? Pein, nie mogę być z kimś, kto zabił moją siostrę!
- Daj mi skończyć.
Zamilkła. Rudowłosy zawsze potrafił sprawić, że bezdyskusyjnie wykona jego rozkazy i tylko do niego należał ten „przywilej”.
- Wierz mi, będziesz zainteresowana. W każdym razie... będę czekał w północnym w lesie w Akumu, mniej więcej o dwudziestej trzeciej trzydzieści. – oznajmił. – Wiem, że to duży las. Znajdziesz mnie na samym jego środku. I jeśli to możliwe, przyjdź bez tego swojego demona. – dodał ponuro.
Momentalnie zjawił się przy niej, ponownie objął ją w talii i zaraz po tym Aide stała obok rozhisteryzowanego tłumu ludzi i dopiero co przybyłej karetce. Zamyśliła się przez chwilę, gdy nagle ktoś złapał ją za ramię.
- ADELAIDE! – wrzasnął Ookamu tak głośno, że aż kilkoro ludzi spojrzało się na niego dziwnie. – To nie było zabawne! Chcesz, żeby Lucyfer mnie rozszarpał na kawałki?!
Zaprzeczyła szybkim ruchem głowy, po czym przybliżyła się do niego.
- Przepraszam, Ookamu, bardzo przepraszam... wybaczysz mi? – szepnęła mu na ucho słodko, a demon, speszony, lekko się od niej odsunął.
- Dobra... ale bez takich tych... – mruknął, odwrócił się i zgarbiony zaczął przez pustą ulicę. Adelaide z niewinnym uśmiechem na twarzy podążyła za nim.

***


Na niebie widniało mnóstwo czarnych jak smoła chmur, ale tylko kropiło i wiał lekki wiatr. Adelaide zaczynała żałować, że nie wzięła niczego na okrycie.
- Nie powiedziałaś mi jeszcze po co tu jesteśmy... – mruknął Ookamu z niezadowoleniem, rozglądając się.
- No... – zaczęła cicho. – Zobaczysz.
- Kobieto, czasem to w ogóle cię nie rozumiem – westchnął, kręcąc głową na boki, a jego włosy huśtały się wzdłuż jego twarzy, unosząc się i opadając. Adelaide uśmiechnęła się na ten widok.
Wiatr z każdą chwilą był coraz mocniejszy, ale szli dalej, przed siebie. Ookamu powoli zaczynał być zniecierpliwiony i nerwowo ruszał palcami, jednak nie odezwał się nawet słowem. Nie potrzebował kłócić się z Adelaide, przynajmniej nie w tej chwili – czekał aż dojdą na miejsce.
W końcu ich oczom ukazała się spora leśna polana, ale było zbyt ciemno, żeby dostrzec cokolwiek innego. Dopiero, gdy podeszli bliżej, Adelaide poznała Pein’a i jego drugie ciało, które nagle zniknęło w strudze szarego dymu.
- Jestem, jak chciałeś. – powiedziała głośno, zatrzymując się w odległości dziesięciu metrów od niego. Podniósł głowę i spojrzał najpierw na demona, a później na nią.
- To bardzo dobrze. – odparł.
- Aide, do cholery! – szepnął Ookamu nagle. – To z nim się przyszłaś spotkać?!
- Powiedziałeś, że masz coś, co mogłoby mnie zainteresować. Co to jest? – odezwała się po chwili, ignorując pytanie swojego stróża. Niebieskowłosy zaklął cicho, a lider podszedł bliżej.
- Wyciągnij dłoń. – powiedział. Aide zdziwiła się, ale zrobiła co kazał. Na jej ręce pojawiły się czarne płomienie, a gdy się przerzedziły, oniemiała.
W jej ręku błyszczał jaskrawą czerwienią Kamień Filozoficzny; dwukolorowe oczy zaszkliły się w radości.
- Ty... jak...? – spojrzała na lidera, wciąż nie mogąc się wyzbyć szoku i szczęścia z głosu.
- Nieważne. Chyba darujesz mi mój, powiedzmy, „grzech”? – spytał obojętnym tonem, który nie zabrzmiał źle w tej sytuacji.
- Dobrze... daruję. – uśmiechnęła się lekko. – Ale przecież nie znam się na alchemii... muszę iść po Ed’a. – dodała po chwili, na co lider dosyć szybko zareagował.
- Nie, nawet nie próbuj. Kamień działa na zasadzie równowartej wymiany, to znaczy typowe „coś za coś”. Elric mógłby stracić przy tym pamięć, podobnie jak Azmaria, a może nawet życie.
Czarnowłosa natychmiast posmutniała.
- Dlatego się tym zająłem. – powiedział po chwili, a obok niego pojawiło się jego drugie ciało, niewysoki rudowłosy mężczyzna z końskim ogonem do pasa, a razem z nim jakiś na oko czterdziestokilkuletni facet z łysiną. Pein odwrócił się do niego. – Masz wskrzesić Azmarię Saito – rzucił mu zdjęcie i fiolkę z krwią, które mężczyzna ze strachem złapał. – jeśli ci nie wyjdzie, albo spróbujesz mnie oszukać... poddam cię najgorszym możliwym torturom znacznie przewyższającym dozwolony standard.
Mężczyzna zaczął się jąkać i drżeć.
- Zamknij się i przestań. – warknął Pein złowrogo. – Jeśli nie będziesz wykonywał moich rozkazów zabiję twoją żonę, a później córki... każdej po kolei poderżnę gardło...
- Dobrze! Nie będę się sprzeciwiał! – zawył mężczyzna głośno i wstał. – Wskrzeszę tą dziewczynę, tylko nie rób krzywdy mojej rodzinie!
- Widzę, że się dogadamy. – mruknął Pein z satysfakcją w głosie. – Aide, podaj mu Kamień.
Czarnowłosa posłusznie wyciągnęła rękę do mężczyzny, a on ostrożnie wziął od niej Kamień Filozoficzny. Wiatr szalał, było coraz zimniej.
- Zaczynaj.

***


Adelaide patrzyła, jak łysy mężczyzna układa ręce, jego ciało nagle zaświeciło.
- Pein, podaj mi swój płaszcz, dobrze? – nie odrywając wzroku od zjawiska, wystawiła rękę w stronę rudowłosego.
- Nie pytam już po co – mruknął w odpowiedzi, zdjął płaszcz Akatsuki i podał jej.
- Dziękuję ci.
Przytuliła do siebie płaszcz, by było jej trochę cieplej, wciąż obserwując ruchy mężczyzny. Po dłuższej chwili światło stało się tak rażące, że aż przymknęła oczy; odczekała chwilę, po czym podeszła do kręgu i rzuciła rozłożony płaszcz. Z góry wiedziała, że Azmaria nie odrodzi się w ubraniach.
Po krótkiej chwili światło ustało, krąg zniknął, a na jego miejscu leżała przykryta płaszczem Azmaria. Adelaide poczuła ogromną radość; klęknęła przy siostrze i przytuliła ją, lekko podnosząc.
- Nie wiedziałem, że ludzie mogą wskrzeszać – odezwał się Ookamu, spoglądając to na Azmarię, to na Aide, to na Pein’a, jakby oczekiwał odpowiedzi. Niestety, nie uzyskał jej.
- Pein, wiesz może... czy ona odzyska pamięć? – spytała Aide, spoglądając na lidera Akatsuki.
- Nie wiem. – odparł, na co czarnowłosa westchnęła, spuszczając głowę.
- Ważne, że żyje... teraz tylko pozostało przetransportować ją do Ed’a...
- Nie. Weźmiemy Azmarię do Akatsuki.
Aide zamrugała, nie mogąc uwierzyć w słowa Pein’a.
- Słucham...? – spytała po otrząśnięciu się z lekkiego szoku.
- Elric nie potrafi się nią zająć, co zdążył udowodnić niejednokrotnie, a homunkulusy tak łatwo nie odpuszczą. Lepiej zająć się nią teraz niż żebym miał ją zabić po raz drugi, prawda? Zresztą... - podszedł do czarnowłosej, klęknął obok i mocno przytulił ją do siebie. – Azmaria mnie nie obchodzi.
Adelaide objęła go wokół szyi, po czym westchnęła cicho. Nagle Ookamu podszedł do nich i machnął ręką.
- HELOOOŁ, pada deszcz, jestem cały przemoczony! – powiedział teatralnie pretensjonalnym tonem.
- Zawsze możesz iść. – mruknął Pein i podniósł się, a Aide razem z nim; nadal trzymał ją blisko siebie. – Ale wiem, że tego nie zrobisz, dlatego weź ciało Azmarii i dołącz do nas w kryjówce.
Złączył ręce za plecami Aide, wciąż ją obejmując, po czym oboje zniknęli w szarawym dymie, który natychmiast ulotnił się razem z deszczem. Ookamu uderzył się w czoło i przejechał dłonią po twarzy, a następnie owinął ciało Azmarii, wziął ją na ręce i znikł.

***


Ookamu ponownie przeniósł się do pokoju Adelaide w kryjówce Akatsuki i rzucił dwie przeciętnych rozmiarów torby na podłogę. Azmaria, leżąca w łóżku Aide, oddychała spokojnie, co jakiś czas przewracając się na drugi bok. Pein natomiast oparł łokieć o oparcie sofy, a wolną ręką głaskał po włosach śpiącą z głową na jego kolanach Adelaide.
- I co, będziesz tu siedział całą noc? – spytał Ookamu ponuro, siadając w jednym z wolnych foteli.
- Nie. Kiedy już mi się znudzi pójdę do swojego pokoju. – odparł. – Rzecz jasna, Aide biorę ze sobą, więc ty zajmiesz się pilnowaniem Azmarii.
- Ych. Tylko rozkazywać potrafisz. – mruknął. – Zupełnie jak Lucyfer...
- Lucyfer, powiadasz. Mam nadzieję, że tu nie wróci.
- Nie to, żebym go lubił, ale spytam... co masz przeciwko niemu?
- Jeśli będzie chciał, sam ci o tym powie.
Ookamu westchnął, przewracając oczami. Pein natomiast wstał ostrożnie, starając się nie obudzić Adelaide, po czym wziął ją na ręce i powiedział:
- Gdyby Azmaria się obudziła, uspokój ją, że nic jej nie grozi i że jest w kryjówce Akatsuki. Przekaż też jej, żeby czekała na Adelaide. Możesz też dodać, że jest w budynku pełnym seryjnych zabójców, po tej informacji raczej złagodnieje. – powiedział chłodno i chwilę później zniknął za ścianą szarego dymu o zapachu siarki.
Ookamu westchnął. „Zupełnie jak Lucyfer... tylko jeszcze gorzej i bez emocji.” – podsumował w myślach i zerknął na Azmarię, która po raz kolejny przewróciła się na prawy bok.
komentarze [0]

"Azmaria będzie żyła..." >> wtorek, 1 lipica 2008 14:26:09
Ookamu spojrzał na trzy duże pudełka, które niosła Adelaide, a na jego twarzy pojawił się grymas zastanowienia.
- Co tak patrzysz? – spytała czarnowłosa.
- Zastanawiam się, co to jest – wskazał palcem na pudełka i przewrócił oczami.
- Puzzle. – odparła z lekkim zdziwieniem Aide. – Nie wiesz co to puzzle?
- My w Piekle czegoś takiego nie mamy... – mruknął z niezadowoleniem.
- Puzzle to taka jakby gra. Kupiłam po dwa tysiące kawałków każde, czyli będę musiała ułożyć z dwóch tysięcy elementów obrazek, jaki jest pokazany na pudełku.
- Trzeba było tak od razu...
- Myślałam, że wiesz.
Weszli do domu, czarnowłosa odłożyła pudełka na najbliższą komodę, a Ookamu zamknął drzwi. Na zewnątrz było niezwykle gorąco, za to w środku panował przyjemny chłód, utrzymywany dzięki kafelkom rozłożonym na podłodze w całym domu.
Od czasu, kiedy Aide wprowadziła się do swojego starego domu, a Ookamu się pojawił, minął prawie tydzień, dokładnie sześć dni. Demon wolał nie mieć problemów z humorem czarnowłosej, więc cały czas panował nad jej uczuciami, ustawiając je na pozytywne, ale z czystego lenistwa nie przesadzał. Aide natomiast starała się nie myśleć ani o Pein’ie, ani o Azmarii, ani o Akatsuki i zajęła się domem, który wymagał remontu, ale przede wszystkim sprzątania.
- Tutaj jesteś! – zawołała, widząc na ciemnobrązowym fotelu małego jednorożca, który przyglądał się jej uważnie. Podeszła do niego, podstawiła mu pod kopyta rękę, a on na nią wszedł. W międzyczasie Ookamu skoczył przez oparcie na sofę i położył się na niej, ale nie odrywał wzroku od małego zwierzęcia i jej czarnowłosej właścicielki.
- Nazwałaś już go? – spytał nagle, zamykając oczy. Aide rzuciła mu przelotne spojrzenie.
- Nie... – odparła cicho, a w jej głosie dało się wyczuć smutek. Ookamu od razu zareagował; Aide się uśmiechnęła. – Masz jakiś pomysł? – spytała po chwili, a po smutku nie było nawet śladu.
- Szczerze mówiąc... nie. – odpowiedział.
- No to może... Frigid?
Ookamu uśmiechnął się.
- Czemu nie? Mnie się tam podoba. – mruknął, a jednorożec na ręku Adelaide prychnął radośnie, co najwyraźniej oznaczało, że akceptuje swoje nowe imię.
Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie lekko, ale z jej tak różnych oczu nie znikał ani żal, ani smutek, ani tym bardziej rozpacz. Sztuczna radość narzucana przez Ookamu powoli słabła. Czyżby prawdziwe uczucia były silniejsze?

***


Jasnowłosy Edward siedział na sofie i wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze niedawno stała śliczna lodowa figurka od Azmarii. Teraz zamiast niej było tylko odbarwienie od krwi, słabo widoczne na ciemnobrązowym drewnie. Ed dobrze wiedział, co to oznaczało – śmierć lodowej księżniczki. Śmierć osoby, którą kochał nad życie.
”Mogłem temu zapobiec... dlaczego nie szukałem jej dłużej...?”
Jego przemyślenia przerwały kroki dochodzące ze schodów. Odwrócił głowę z nagłą nadzieją, że to może białowłosa Azmaria, ale jedyne, kogo zobaczył to swojego młodszego brata.
- Ed... proszę... przestań się zamartwiać... zamiast tego musimy coś zrobić! – powiedział z naciąganą motywacją w głosie. Blondyn kiwnął głową.
- Kamień... tylko Kamień może przywrócić ją do życia – szepnął, wbijając wzrok w podłogę. Aru usiadł obok niego i oparł ręce o kolana.
- Ironia losu... szukaliśmy Kamienia tak długo, a ona tak łatwo zdobyła jeden... albo i więcej. – młodszy z braci uśmiechnął się słabo. – Jak myślisz, będziemy w stanie to dla niej zrobić? To znaczy, wiesz, stworzyć Kamień...
Alchemik nie odpowiedział. Wciąż wpatrywał się w podłogę, na którą po krótkiej chwili skapało kilka łez; otarł oczy.
- Braciszku... W takim razie co my zrobimy? – spytał niepewnie Aru drżącym głosem.
- Nie wiem... – szepnął cicho i schylił głowę. – Naprawdę nie wiem.

***


Adelaide położyła się w swoim łóżku i okryła do ramion kołdrą. Frigid, przez dłuższą chwilę stojący na ziemi, zwinnym ruchem skoczył na wolną poduszkę obok głowy czarnowłosej i ułożył się na niej do snu.
- Ookamu – zaczęła nagle Aide, a demon opierający się o framugę drzwi spojrzał na nią. – Mógłbyś na chwilę... stąd iść?
- Nie ma sprawy... ale po co? – spytał podejrzliwie.
- Chciałabym na chwilę zostać sama, rozumiesz...
- Okej. Nie ma sprawy. Wrócę niedługo, bo przecież ktoś cię w ciągu tych kilku minut może zabić...
Uśmiechnął się, odwrócił na pięcie i odszedł, zamykając za sobą drzwi, a razem z nim cała sztuczna radość kłębiąca się w Aide przez ostatni tydzień. Jej oczy natychmiast napełniły się łzami, które zaczęły powoli skapywać na poduszkę; skuliła się.
“I hear the sound of a heart from the shadow in the dark, waiting for the poison to hit its mark…”
Frigid podniósł głowę i spojrzał niepewnie na trzęsącą się Adelaide. Dziewczyna ręką otarła słone łzy i zamknęła oczy, zakrywając się szczelniej kołdrą. Przez dłuższą chwilę dało się słyszeć tylko odgłosy szalejącej na zewnątrz burzy i ciche łkanie czarnowłosej, ale i ono z czasem ustało, zostawiając pole do popisu błyskom i grzmotom. Gdy Aide westchnęła głęboko, poczuła coś unoszącego się w powietrzu. Czyżby siarka...?
“I see the darkness surround, the shape on the ground, the killer straight up and a body face down…”
- A więc odeszłaś… - usłyszała dobrze znany głos lidera Akatsuki. Serce w jej piersi natychmiast zaczęło bić szybciej.
Co on tu robi, po co tu jest...?!
Poderwała się z miejsca i od razu ujrzała znajomą postać w rogu pokoju; Pein nie miał na sobie płaszcza Akatsuki, jedynie siatkową bluzkę i dolną część uniformu. Padało na niego jedynie światło z zewnątrz, oświetlając połowę ciała i twarzy. Patrząc na niego czuła duszący uścisk w gardle, a łzy nagle zaprzestały skapywać po jej policzkach.
- Dopiero teraz to zauważyłeś...? – odezwała się praktycznie niesłyszalnie, ale tylko na taki ton było ją stać. Żal przejmował nad nią kontrolę.
- Oczywiście, że nie. – odparł. – Ale nie spodziewałem się, że możesz być akurat tutaj.
„Czego on oczekuje?”
- Więc po co przyszedłeś? – spytała, trochę głośniej niż przedtem.
- Po prostu, przyszedłem. Mam absolutne prawo.
- No tak, ty masz prawo do wszystkiego... do zabijania, niszczenia życia innym ludziom...
- Ty również.
Zaczęła czuć irytację, spowodowaną tym samym chłodnym tonem lidera co zwykle. Całym sercem pragnęła, by zniknął i dał jej spokój, ale jakaś mała cząstka jej umysłu chciała go zatrzymać, by nie odszedł.
- Powiedziałam, że ci nie wybaczę... więc czego się spodziewasz? – spytała ponuro.
- Cóż, to chyba oczywiste... nie po to kogoś pokochałem, żeby potem tą osobę stracić. – odpowiedział. – Ale widzę, że dziś do kompromisu nie dojdziemy. Żegnaj.
Adelaide znów poczuła ten sam zapach siarki i z chwilą, kiedy zdążył się rozrzedzić, do pokoju wszedł Ookamu.
- Już? Mogę? – spytał.
- Tak... możesz. – mruknęła, padła na łóżko i zakryła się kołdrą aż po uszy. Znów ogarnęła ją sztuczna radość i praktycznie tylko dzięki niej zasnęła po tak krótkim czasie.

***


Ed otworzył oczy i spojrzał w sufit. Przez całą noc dręczyły go koszmary, a myśli i smutki tak się nasiliły, że spał może z dwie godziny, jeśli nie mniej. Śmierć Azmarii wywołała w nim melancholijne i tęskne uczucia. Wciąż do niego nie docierało, że białowłosa nie żyła, że ktoś ją zabił... ale kto?
Jego myśli od kilku dni krążyły wokół samej Azmarii, ale jeszcze nie zadał sobie pytania, kto był odpowiedzialny za jej śmierć. Zaczął się zastanawiać i do głowy przychodziły mu coraz to nowe pomysły. Może to któryś z homunkulusów? Azmaria mogła nie wykonać powierzonego jej zadania i została ukarana. Zbyt proste. Może to jej ofiara? Mogła się przeliczyć i nie docenić sił przeciwnika. Nie, to do niej nie podobne... A może miała z tym coś wspólnego Adelaide...? Pomyślał nad tym chwilę, ale doszedł do wniosku, że to nie możliwe. Chociaż Aide wyrzekła się Azmarii, nigdy, ale to nigdy by jej nie zabiła.
Więc kto?
Im dłużej o tym myślał, tym bardziej był zmieszany.
Przekręcił się na lewy bok, zamknął oczy i ze zmęczenia zapadł w sen, w którym znów była Azmaria.

***


- Ed, wychodzę do sklepu, bo nie mamy prawie w ogóle jedzenia! – krzyknął Aru, włożył buty i bluzę, po czym zamknął za sobą drzwi frontowe. Starszy z braci Elric, siedzący w kuchni, obrócił dwukrotnie swój kubek i zaczął przyglądać się swojemu odbiciu w herbacie. Każdy by to zauważył, że dużo schudł przez ostatnie kilka tygodni, niedowaga była dobrze widoczna. Nie mógł się zmusić do jedzenia większych porcji od kiedy zniknęła Azmaria.
Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Ed podniósł głowę i zaczął się zastanawiać, kto mógłby ich odwiedzić, ale nie miał ochoty komukolwiek otwierać, a tym bardziej z kimkolwiek rozmawiać. Dzwonek powtórzył się jeszcze kilka razy, ale Ed był do tego stopnia zamyślony, że po prostu tego nie usłyszał. Nie minęło pięć minut, a drzwi same się otworzyły.
- Jesteś pewna...? – usłyszał zachrypły głos z przedpokoju.
- Tak. – poznał od razu, kim była druga osoba. Adelaide.
Po dłuższej chwili czarnowłosa stanęła w drzwiach kuchni i wbiła smutny wzrok w twarz Edwarda. Musiała wiedzieć, że Azmaria nie żyje. Za nią pojawił się dosyć wysoki, wychudzony osobnik z rogami i niezwykle bladą skórą.
- Wiesz, co się stało – powiedziała nagle ponuro, podeszła do stołu i usiadła na krześle naprzeciwko blondyna.
- Wiem... – odparł cicho, ponownie przyglądając się swojemu odbiciu na dnie kubka.
- Zastanawiasz się pewnie, kto to zrobił, prawda? – spytała.
- Tak... to prawda.
- Pein, lider Akatsuki.
Edward natychmiast podniósł wzrok na dziewczynę.
- Myślałem, że, wiesz, ty i on...
- Nie słuchał mnie. Cóż, Azmaria od ciebie uciekła z niewiadomego powodu i od razu trafiła w ręce homunkulusów... nie była już tą Azmarią, którą my znaliśmy, była zupełnie inną osobą.
- To znaczy, brałaś udział w jej zabójstwie i popierałaś Pein’a, tak?
- Nie! – jej głos nagle zadrżał; spuściła głowę. – Co ja mogę...? Nikt nie dorównuje siłą Pein’owi, przecież gdyby nie był taki silny, nie byłby liderem...
Pomiędzy nimi zapadło długie milczenie. Jedynie chłopak, który był razem z Adelaide pukał palcem w ścianę.
- Kiedy Pein przebił jej brzuch zaatakowała mnie. To chyba przez to ją tak szybko dobił. – odezwała się, przerywając nagle ciszę.
- Zaatakowała...? – Ed nie mógł sobie tego wyobrazić.
- Chciała mnie zamrozić od środka, ale teraz to już nieważne... musimy przywrócić jej życie.
- Za pomocą Kamienia, mam rację?
- Ja go zdobędę, ewentualnie z twoją pomocą, a ty użyjesz, tak chyba będzie najrozsądniej. Nie znam się na alchemii.
Ed przez chwilę zawahał się. To przez Kamień Az straciła pamięć, gdy przywróciła życie Aru. Co będzie, jeśli jego spotka ten sam los?
- No dobrze... – kiwnął głową niepewnie. Adelaide uśmiechnęła się.
- Nie wiem, ile może to potrwać, ale wiedz, że się nie poddam. – wstała i skierowała się do wyjścia. – I przepraszam za najście. – jeszcze raz się uśmiechnęła i znikła razem z niebieskowłosym chłopakiem. Kilka chwil później dało się słyszeć odgłos otwieranych i zamykanych drzwi.
Ed uśmiechnął się do siebie.
- Azmaria będzie żyła... – szepnął cicho, po czym wstał, podszedł do zlewu i wylał całą herbatę. Nie czuł nawet, że po jego policzkach spływają słone łzy radości.
komentarze [0]

"Spójrz najpierw na siebie, dopiero potem oceniaj innych!" >> poniedziałek, 30 czerwca 2008 17:44:50
Azmaria zaklęła pod nosem, ściskając mocno krwawiącą dłoń. Ból się nasilał, był taki nieprzyjemny, ale zdążyła o nim zapomnieć przez przeciwnika – walczyli od dobrych kilkunastu minut, a nie zdążyła mu zadać jeszcze żadnych obrażeń, a on wręcz przeciwnie, atakował ją bez przerwy.
Nagle poczuła, że coś ją gwałtownie łapie i zabiera ze sobą. Gdy się ocknęła, była na szczycie budynku niedaleko ich pola walki, z Rey’em u boku.
- Az, zrób coś... Mówiłaś, że umiesz zamrozić całe Tokio! Jeśli tego teraz nie zrobisz, możemy stracić jakiekolwiek szanse na zwycięstwo...! – jęknął rozpaczliwie, oddychając szybko i nierówno.
- To właśnie robię! Nie czujesz tego, że jest zimniej?! – krzyknęła ze złością i podeszła do krawędzi budynku. Cały asfalt i chodniki dookoła były pokryte lodem, po którym tylko ona potrafiła się dobrze poruszać, więc jej szanse się zwiększyły. Jedyne, co przeszkadzało to zakrywające całe niebo czarne chmury.
Machnęła ręką; wszystkie drzewa w ich okolicy natychmiast zamieniły się w lodowe rzeźby, zastygając w bezruchu. Nawet mocny wiatr nie mógł poruszyć ich zamarzniętych liści, więc zamieniał się powoli w przerażające wycie, występujące z każdą chwilą coraz głośniej.
Nagle wszystko zadrżało i połowa budynku, na którym stali zawaliła się, a gruz z głuchym łoskotem uderzył o zamarzniętą ziemię, dzieląc się na jeszcze mniejsze szczątki betonu. Azmaria i Rey zaczęli się cofać w tył, dopóki nie znaleźli się w połowie drogi do barierki.
- Cholera! – odezwał się nagle Rey, gdy wiatr się nasilił i zaczął wiać centralnie w jego stronę. Spychał go coraz dalej w stronę, gdzie kiedyś była druga część budowli. Azmaria wyciągnęła rękę i za niebieskookim natychmiast powstała ściana lodu, zatrzymując tym samym i wiatr, i niego. Powietrze natychmiast stało się ostre, utrudniając oddychanie każdej osobie w pobliżu, ale nie Azmarii, której lód posłusznie służył niczym wytresowane zwierzę w cyrku. Niestety, lodowa ściana nie zdołała powstrzymać wiatru, który ją przewalił i zaczął pchać Rey’a ponownie, gdy ściana się stopiła. Homunkulus z trudem próbował się wyrwać z objęć zefiru, ale im bardziej chciał się wydostać, tym mocniej wiatr go popychał. W końcu dotarł do luki w dachu i wpadł w nią z ogromnym impetem. Po kilku chwilach dało się słyszeć głuchy trzask; wiatr ustał.
- Rey... Rey! – zawołała Azmaria, ale żaden głos jej nie odpowiedział. Powietrze, które wydychała zamieniało się w obłok zimnej pary; było coraz zimniej.
„Jest homunkulusem, od czegoś takiego nie umrze!” – pomyślała, starając się pocieszyć i uwierzyła w swoje myśli. Homunkulusa tak łatwo nie da się zabić.
- Jego zabiję później. Moim celem jesteś ty. – usłyszała zza siebie i wzdrygnęła się z przerażenia.
- Zabiję cię, zabiję! – krzyknęła i wystawiła ręce ku górze. Wokół jej dłoni zaczęły krążyć coraz większe obręcze, a powietrze stało się niemal nie do oddychania. – GIŃ!
Ogromna kula jeszcze krystalicznego lodu z impetem ruszyła w stronę rudowłosego. Po krótkiej chwili rozległ się tylko trzask; lider zniknął. Ale czy został pokonany? Azmaria nie była o tym przekonana.
- Wychodź, nie kryj się! – zawołała i zaraz po tym poczuła ogromny ból w plecach. Ktoś lub coś pchnęło ją od tyłu z ogromną siłą, przez co nie zdążyła czegokolwiek zrobić, by nie runąć na ziemię z czteropiętrowego budynku. Zanim jednak uderzyła o ziemię, wokół niej powstał krąg z lodu, dzięki któremu wylądowała na jednym ze swoich lodowych rzeźb; zeskoczyła na zmrożony asfalt i potarła obolałe miejsce.
Teraz wszystko było pokryte sporą warstwą lodu i szronem. Z nieba zaczął padać lekki deszcz, który zamieniał się w grad, na szczęście nie na tyle duży, by powodował większe obrażenia.
- Dobrze, że straciłaś pamięć. Bez tego nie mógłbym cię zabić... Adelaide by mi tego nie wybaczyła. – głos lidera Akatsuki rozległ się między budynkami i odbijał echem po ścianach. Azmaria stanęła jak wryta.
Adelaide? Czy to nie ją widziała w domu Ed’a, kiedy jeszcze tam była? Ale kim ona jest, że wzmaga w białowłosej takie mocne i charakterystyczne uczucia? Użyła wtedy tego słowa... „siostra”.
Chwila zamyślenia okazałą się zgubna – wielka tafla lodu nadleciała z naprzeciwka i zwaliła Azmarię z nóg. Znów pojawił się ten okropny, przeszywający ból. Później poczuła tylko mocny uścisk na swoim gardle, ostrza wbite w jej ramiona i miażdżenie o ścianę. Była uwięziona, ale to jakby zwiększyło jej moc.
- Pein, przestań! PRZESTAŃ! – usłyszała nagle drżący, ale niezwykle donośny głos z całkiem bliska. Poznawała go. Rudowłosy, stojący dwa metry od Azmarii, odwrócił się gwałtownie za siebie.
- Idź stąd, Aide! – krzyknął z dobrze słyszalną wściekłością.
Azmaria rozejrzała się i natychmiast dostrzegła wyróżniającą się w białym krajobrazie dziewczynę o czarnych włosach i tego samego koloru stroju. Kuliła się z zimna, bo zimno być jej musiało – miała na sobie tylko sukienkę do kolan i buty na obcasie.
Na jej widok Azmaria poczuła gniew, a w jej głowie pojawiły się nagle dosyć niezrozumiałe myśli. To ta dziewczyna, ona musiała nasłać na nią tego lidera, ona go nie powstrzymała, chociaż mogła! Białowłosa nie rozumiała, skąd nagle pojawiły się te rozważania, ale akceptowała je i zgadzała się z nimi. Skoro straciła pamięć, mogła przecież znać tą całą Adelaide wcześniej...
Skoncentrowała swoją moc właśnie na niej i wysłała najzimniejszą dawkę energii w jej stronę. Czarnowłosa ugięła się pod ciężarem swojego ciała i padła na kolana.
- Pożałujesz tego! – warknął rudowłosy z taką złością, że Azmaria aż jęknęła ze strachu.
Momentalnie znalazł się przy niej i gwałtownie wymierzył cios pięścią w jej brzuch, tak mocny, że bez problemu przebił jej ciało na wylot. Azmarii zakręciło się w głowie, ale czuła zagrożenie, na jakie się naraziła - jej znak Urborosa znajdował się właśnie na brzuchu.
Kątem oka widziała czarnowłosą dziewczynę, która wpatrywała się w nią i lidera z niemym przerażeniem wymalowanym na twarzy. Azmaria zadała sobie po raz kolejny to samo pytanie „kim ona jest?”, ale nie zdążyła nawet pomyśleć nad odpowiedzią.
Rudowłosy gwałtownie szarpnął za kamień filozoficzny w jej ciele, tym samym wyrywając go, po czym zacisnął na nim swoją pięść tak mocno, że kamień bez oporu rozpadł się w miliony krwistoczerwonych kryształków. Dwukolorowe oczy Azmarii natychmiast się zamknęły, a głowa zawisła bezwładnie, podobnie jak przymocowane dwoma ostrzami ciało. To był koniec – lodowa księżniczka nie żyje.

***


Adelaide bezwładnie osunęła się na ziemię i usiadła na niewielkiej zaspie świeżo spadłego śniegu, nie zwracając już uwagi na zimno i lód wokoło. Zakryła usta dłońmi i zacisnęła powieki, spod których natychmiast wypłynęły dwie strużki przezroczystej cieczy, skapujące powoli po jej policzkach i dłoniach. Czy to się działo naprawdę? Czy Pein naprawdę zabił Azmarię...? Nie mogła myśleć, uczucia i emocje wzięły nad nią kontrolę jak nigdy dotąd, a z jej ust nie wydobył się nawet najcichszy jęk i nie stłumiły go blade dłonie.
Koszmar.
Największy koszmar.
To nie to samo, co śmierć matki, czy zabójstwo ojca. Teraz nie miała już nikogo, cała jej rodzina była wymordowana... przez ludzi, którzy nie powinni do siebie żywić żadnych negatywnych uczuć. Matka padła z ręki ojczyma, ojczym z ręki młodszej z sióstr, ojciec z ręki jedynej córki, a teraz siostra... z ręki kogoś, kogo Adelaide kochała.
Głuchą ciszę i skomlenie wiatru przerwały kroki i odgłos miażdżącego śniegu. Pein stanął przed nią, przez co jeszcze bardziej się skuliła; jej czarne loki opadały teraz na biały puch, który jedynie je przyozdabiał.
- O-odejdź ode mnie... Nie chcę cię znać...! – jęknęła drżącym głosem po dłuższej chwili, obejmując dłońmi ramiona.
- Nie mów mi, że popełniłem błąd. Chciała zabić i ciebie, co zresztą poczułaś...
- Przestań! Przestań...
Powoli wstała, ledwo trzymając się na nogach, a czarne loki zasłaniały jej twarz. Bez zastanowienia zamachnęła się i z całej możliwej siły na jaką mogła się zdobyć uderzyła Pein’a w twarz. Ten nie zareagował od razu, jakby nie mogło do niego dotrzeć, że Adelaide podniosła na niego rękę, ale gdy otrząsnął się z chwilowego zaskoczenia, posłał jej groźne spojrzenie.
- Nie powinnaś była tego robić – warknął, a na jego twarzy pojawiła się złość i irytacja. Adelaide odwróciła się od niego i odeszła na kilka kroków.
- To mnie zabij – szepnęła beznamiętnie. – Tak jak moją siostrę.
- Adelaide, o czym ty, do cholery, mówisz? – jego głos brzmiał inaczej niż zwykle, bardziej wrogo i z pełną, nieukrywaną złością.
- Cokolwiek zrobisz, cokolwiek ja zrobię... nie przywróci to Azmarii życia. Jedyna nadzieja to Kamień...
- Nawet nie próbuj. Nie możesz.
Odwróciła głowę w jego stronę i odgarnęła włosy za uszy. Dopiero teraz można było zobaczyć czarne smugi spływające razem ze łzami, czyli pozostałości po mocnym czarnym makijażu.
- To dlaczego mnie nie zabijesz?
Nie odpowiedział.
- Może i nie znam się na alchemii, ale są ludzie, którzy mi pomogą... i nic na to nie poradzisz. Wskrzeszę Azmarię.
- Jeśli to zrobisz, zmarnujesz tylko Kamień i setki ludzkich istnień. Ona zmarnowała swoje życie.
- Zmarnowała?! Spójrz najpierw na siebie, dopiero potem oceniaj innych! – odwróciła głowę, by na niego nie patrzeć i skuliła się. – Nigdy ci tego nie wybaczę...
Wokół niej natychmiast pojawiły się cienie i zakryły ją w całości, formując sporą kulę czarnej esencji. Po krótkiej chwili cień się rozmył, a razem z nim czarnowłosa Adelaide.
komentarze [0]

"Pein... Nie możesz tego zrobić..." >> poniedziałek, 30 czerwca 2008 02:48:06
Adelaide usiadła bezdźwięcznie na łóżku, łokcie opierając o złączone kolana, a jej czarne loki poruszyły się podobnie do ruchu niewielkich sprężynek i opadły na odsłonięte ramiona. Uczucia wymieszane; złość, gniew, smutek i bezradność. Że też Pein miał czelność coś takiego mówić o jej własnej siostrze, a szczególnie tak otwarcie o jej śmierci! W podobnych momentach zastanawiała się, dlaczego właściwie wiąże się z człowiekiem, czy też bogiem, za jakiego się uważał, jego pokroju, ale jak zwykle, odpowiedź ginęła gdzieś pomiędzy uczuciami stając się niemożliwą do znalezienia.
Czarnowłosa odruchowo wyprostowała się i w tym samym momencie padła na pościel z charakterystycznym szmerem, wyciągając ręce na boki. Przez otwarte okno wpadał słaby wilgotny powiew wiatru, podobny do tego jaki czuje się przed burzą; westchnęła głosno i ponuro, po czym zamknęła oczy.
Wiedziała jedno – nie daruje liderowi śmierci siostry, nawet jeśli ta w zasadzie już nią nie jest. Reszta była jedną wielką niewiadomą.

***


Az, ubrana w swój uniform i czarny płaszcz do ziemi, usiadła na ławce w tokijskim parku przy samym centrum stolicy, a Rey usiadł obok niej, będąc w podobnych, ale oczywiście męskim ubraniu. Oboje mogli być nazwani mianem „mrocznych”, ale nie kwalifikujących się do żadnych subkultur ludzi.
- Nie wyjaśniłaś mi wszystkiego – upomniał się Rey, chowając ręce w kieszenie. Rzucił pytające, ale lekko teatralne spojrzenie białowłosej, na której twarzy pojawił się opieszały uśmiech.
- To oczywiste, że ten cały lider Akatsuki chce nas znaleźć, czyli mnie też, więc zadanie mamy ułatwione. Po prostu będziemy się zachowywać zwyczajnie, zwiedzać sklepy, kupować rzeczy i tak dalej, a on w końcu sam nas znajdzie i będzie chciał zabić, a wtedy – zaśmiała się słodko. – będzie to tylko kwestią czasu nim go dorwę i zmiażdżę na krwawą miazgę!
- Az, jesteś pewna, że sobie z nim poradzisz? Nawet z moją pomocą? – spytał podejrzliwie niebieskooki. – Widziałaś na co go stać... to znaczy, ja osobiście wolę go docenić niż się przeliczyć... Zabił Hannah bez żadnego problemu, nawet ją, chociaż mogła kontrolować kości! To nie jest normalne.
- Przestań wzbudzać w Az jakiekolwiek wątpliwości!
- Ja tylko jestem realistą.
Różnooka prychnęła i założyła ręce na piersi.
- Jego doceniasz, a Az nie? Wiesz nawet, co ja Az potrafi zrobić, na co ją stać? – spojrzała na niego, a w jej oczach dało się widzieć pogardę i niewielką odrazę. Wyraz twarzy Rey’a natychmiast spoważniała.
- Nie do końca, nie miałaś jeszcze okazji pokazać wszystkich swoich umiejętności...
- Właśnie! – przerwała mu gwałtownie, ale zaraz po tym westchnęła. Na chwilę pomiędzy nimi zapadło milczenie, ale Az w końcu je przerwała. – Z jakiegoś powodu wiem, że moja moc praktycznie nie ma ograniczeń. Mogę zamrozić całe Tokio w wybrany przeze mnie czas, a ludzi uwięzić w lodowych skorupach. Co prawda, nie do końca mam pewność, po jak dużej ilości zużytej energii się zmęczę... ale będę w stanie wszystko i wszystkich pokryć lodem. W ten sposób zabiję tego nędznego lidera!
Rey przez krótki moment przyglądał się jej w niemym zdziwieniu, nie mogąc uwierzyć w to co mówi. Odważna się zrobiła i jaka stanowcza, pomyślał z lekkim zaskoczeniem, ale i radością. Azmaria zmieniła się sporo, ale wciąż coś do niej czuł, coś, czego właściwie czuć nie powinien.
Szybko otrząsnął się z zadumy i rozejrzał. Na szczęście nikogo nie było w pobliżu, a z oddali słychać było tylko ciche poćwierkiwanie miejskiego ptactwa w połączeniu z ledwo słyszalnym hałasem ruchu drogowego.
- Wiesz, Az – zaczął. – dobrze, że masz plan. Mam nadzieję, że zadziała. W każdym razie... będę cię chronił tak długo, jak pozwoli mi na to położenie i moje umiejętności.
Białowłosa uśmiechnęła się sympatycznie i wstała.
- To chodź! Zapraszam cię na lody!
Złapała go za rękę, a gdy już wstał, z entuzjazmem zaczęła go prowadzić do wyjścia z parku, a potem – najbliższego stoiska z lodami.

***


Minęły trzy dni, podczas których Adelaide zamieniła z liderem tylko kilka słów. Znów podtrzymywała status obrażonej, a on jak zwykle nie chciał jej przeprosić, ba, nawet wytłumaczyć chociaż części swojego planu. Nie wiedziała co ma zrobić, by odwieźć go od zabicia jej siostry, a pomysły nie przychodziły – pozostawała bezradna. Natomiast czas, jak to czas, mijał i mijać nie zamierzał.
„Jej dni są policzone... a ja nie mogę nic na to poradzić.”
Gdy z samego rana, po kolejnej nieprzespanej nocy, szła w stronę salonu, natrafiła na samego Pein’a. Kierował się w stronę wyjścia, musiał więc iść na jakąś misję, ale dlaczego bez niej?
- Gdzieś idziesz? – spytała, zatrzymując się za nim na odległość kilku metrów.
- W rzeczy samej. – odparł, nie zatrzymując się.
- Chcę wiedzieć gdzie.
- Nie musisz.
- Pein, dlaczego...?
Słysząc załamujący się głos Adelaide, stanął w miejscu, ale nie odwrócił się.
- Twoja siostra wie, że na nią poluję, pewna jest także swoich umiejętności. Im dłużej pozwalam jej żyć, tym więcej Akatsuki na tym traci. – powiedział, tonem chłodnym i ponurym.
- Wiem, że jesteś liderem, wiem, że zależy ci na Akatsuki, ale... do cholery, pomyśl czasem o mnie! Nie chcę tracić osoby, do której zawsze mogę wrócić, która zawsze na mnie czeka, nawet... nawet jeśli straciła pamięć, jest moją siostrą i nic tego nie zmieni! – krzyknęła, nie panując już nad emocjami. W tej chwili nie przejmowała się już tym, że ktoś może być w kryjówce i wszystko usłyszeć, miała większe, o wiele większe zmartwienia.
- Uspokój się! – warknął, wreszcie się odwracając. Z wyrazu jego twarzy jak zwykle nie dało się wyczytać uczuć, tym bardziej jakichkolwiek emocji. – To nie jest już twoja siostra, to zupełnie inna osoba, która jedyne, co o tobie wie to twoje imię, o ile wciąż je pamięta.
- I co? Tylko tyle masz mi do powiedzenia? – założyła ręce na piersi. Powoli zbierało jej się na płacz.
- Po co mówić więcej? Muszę się jej pozbyć dla ogólnego dobra. – rzucił dziewczynie chłodne spojrzenie, odwrócił się i ponownie skierował się w stronę drzwi frontowych. Adelaide bez chwili zastanowienia zacisnęła pięści i szybkim krokiem ruszyła za nim, a gdy znalazła się dosyć blisko, zatrzymała się, zachowując odległość jednego metra.
- Też chcę iść. Nie mogę ci pozwolić na odebranie mi siostry.
- Adelaide, ona ci nie jest do niczego potrzebna, szczególnie teraz, gdy straciła pamięć. – powiedział, wyraźnie rozzłoszczony. – I lepiej dla ciebie, jeśli nie będziesz przy tym, jak będę ją zabijał. Zresztą, wyrok zapadł, nic na to nie poradzisz.
- Pein... Nie możesz tego zrobić... – napięła mięsnie rąk tak mocno, że można było je zobaczyć wyraźnie zarysowane; jej oczy natychmiast się zaszkliły, ale łzy powstrzymywała.
- Wybacz, Aide... – mruknął, a w jego głosie dało się wyczuć lekki żal. Odwrócił się, palcem wskazującym dotknął jej czoła i zanim zdążyła zareagować, padła bezwładnie na rudowłosego, który bez trudu ją złapał i uniósł na rękach. Zaraz po tym podszedł do drzwi pokoju czarnowłosej, które jak na zawołanie otworzyły się, po czym wszedł do środka i położył ją na łóżku; jeszcze przez chwilę przyglądał się jej, ale tylko pogładził ją po włosach, złączył ręce i zniknął w charakterystycznym siarkowym dymie.

***


Azmaria westchnęła, gdy razem z Rey’em szła przez jedną z handlowych ulic w Tokio. Sklepy, wystawy, stragany, kioski... wszystko było takie nudne, gdy już po raz kolejny to widziała. Ale musiała wytrwać, bo jak to mówią, „cel uświęca środki”. Była pewna, że tylko kwestią czasu było przybycie lidera Akatsuki, a później jego własna śmierć, którą tak dobrze zaplanowała. Nie było mowy o przegranej.
- Az, może dasz sobie spokój...? Nie ma sensu w kółko łazić po ulicach tylko dlatego, żeby ktoś cię znalazł... – odezwał się nagle Rey, wyraźnie zniesmaczony i znudzony.
- Nie! – warknęła, ale zaraz po tym uśmiechnęła się lekko. – To znaczy... Rey, to dla Az ważne. Mogę zrobić coś szlachetnego, pomścić Hannah, a zarazem pokonać śmiertelnego wroga homunkulusów! Nie mogę się poddać, to nie wchodzi w grę.
Starała się, by jej głos brzmiał przekonująco i rzetelnie; Rey był dobrym sojusznikiem, no i przede wszystkim przyjacielem. Chciała go mieć przy sobie, gdy będzie walczyła.
- Skoro tak mówisz... – westchnął, ziewając.
Uśmiechnęła się raz jeszcze, tym razem odsłaniając twa rzędy swoich białych zębów; później dostrzegła tylko niewielki róż na jego policzkach. Tak zwana siła perswazji.
Przeszli na sam koniec ulicy, a potem skierowali się dalej, przed siebie, gdziekolwiek gdzie nie byli, a gdzie nogi chciały ich nieść. Z czasem ludzi zaczęło być coraz mniej, bo najwyraźniej kierowali się na odludzia, ale nie przejmowali się tym. Zawsze mogli zawrócić.
- No ile można? – jęknął niespodziewanie Rey, po czym westchnął. Nagle usłyszeli donośne kroki z niewielkiej uliczki obok, równomierne i szybkie.
- Faktycznie. Lepiej pozbyć się was teraz.
Gdy się odwrócili, od razu poznali, z kim mają do czynienia – lider Akatsuki. Jego stalowa część opaski połyskiwała w świetle zachodzącego słońca, odbijając jego promienie w ich stronę. Azmaria zaśmiała się głosno, wystawiła rękę przed siebie i bez dłuższego zastanawiania się stworzyła dwa lodowe sztylety, które pognały w stronę rudowłosego, ale zanim pokonały połowę drogi, stopiły się nagle. Asfalt natychmiast pokrył się lodem, a kałuże na ziemi pozamarzały.
- Pożałujesz, że kiedykolwiek śmiałeś tknąć homunkulusa! – krzyknęła i zaraz po tym, gdzieś w oddali rozległ się błysk, a później grzmot.
- Zobaczymy, kto tu czego pożałuje.
komentarze [0]

"To... ja go zabiję." >> piątek, 30 maja 2008 14:45:58
Przepraszam, że tak mało o Az, ale nie miałam czasu dopisać :<. Ewentualnie później coś dodam, ale to zobaczę!
W każdym razie, miłej lektury? :3"


___________________________________



Brązowowłosa homunkuluska wzdrygnęła się, kiedy Pein przebił jej ramię na wylot swoją pięścią. Gdy ją wyjął, zarówno jego rany się zagoiły, jak i rany dziewczyny. Zanim zdążyła zaatakować z bliska, złączył ręce i zniknął w dymie.
Hannah rozejrzała się wokoło, ale jedyne co widziała to stojącą prosto Adelaide. Czarnowłosa patrzyła się w ziemię, jednocześnie poruszając palcami swoich dłoni, a czarny lakier na jej paznokciach lśnił niewyraźnie od światła zachodzącego za chmurami słońca. Minęła dłuższa chwila, ale ślad po liderze Akatsuki zaginął. Czyżby uciekł?
- Wygląda na to, że twój ukochany cię zostawił! – krzyknęła tryumfalnie do czerwonookiej i wyciągnęła rękę przed siebie, by po raz kolejny połamać jej żebra. Jednak zanim cokolwiek zrobiła, poczuła mocne drganie ziemi i drażliwy zapach siarki, co zmusiło ją do ponownego rozejrzenia się.
To, co zobaczyła wzbudziło w niej lekkie uczucie strachu – naprzeciwko niej stał ogromny pies, podobny do opisywanego w greckiej mitologii Cerbera, chociaż głowę miał tylko jedną. Zaraz po tym obok pojawił się wielki kameleon o skórze w różnych odcieniach zieleni. Bestie wpatrywały się w brązowowłosą, ale nawet nie drgnęły – czekały na rozkazy.
- Brać ją - usłyszała znajomy głos lidera, a później poczuła tylko głuchy trzask uderzającego ciała o drzewo z ogromnym rozmachem. Gdy pozbierała się i otworzyła oczy, zdążyła zobaczyć jedynie gigantycznego psa biegnącego w jej stronę. Nie zdążyła odbiec, a bestia popchnęła ją swoją czaszką na drzewo tak mocno, że jego pień złamał się w połowie, a krew zabryzgała trawę wokoło.
Pierwszy raz w sowim życiu poczuła ból, od którego zdawało jej się, że nie żyje.

***


Azmaria wyrywała się, ale Rey trzymał ją mocno, zakrywając usta ręką. Próbowała coś powiedzieć, ale przez dłoń chłopaka jej głos stał się tylko cichym mruknięciem.
- Nie możemy się teraz zdradzić. Nie po to Hannah walczy – szepnął jej na ucho i skinął w stronę pola walki, na którym walczyła wspomniana homunkuluska. Az uspokoiła się i przestała się wyrywać, więc Rey zwolnił lekko uścisk, a kiedy uznał, że białowłosa nie ucieknie, puścił ją. I nie mylił się, różno oka stała spokojnie z zaszklonymi oczyma, wpatrując się w walczącą Hannah, która co chwilę znikała za budynkami i pojawiała się. Przez chwilę dało się też widzieć kogoś jeszcze, jakiegoś rudowłosego mężczyznę, który prawdopodobnie był jej przeciwnikiem.
- Kto to jest? – spytała cicho.
- Lider Akatsuki, jednej z największych organizacji przestępczych w Japonii... jeśli jest jeszcze jakaś na równi. – mruknął, opierając się o ścianę uliczki.
Azmaria kiwnęła głową i kucnęła, przypatrując się fragmentom walki. W myślach wytyczała sobie nowy cel – śmierć lidera Akatsuki. Zemści się za ból Hannah.

***


Lider złapał trzy srebrne ostrza, które rzuciła mu Adelaide, a rany na jego skórze zagoiły się powoli. Hannah ze zrezygnowaniem klęczała przy pniu jednego z drzew wokoło, a z jej oczu leciała krew. Tak, Pein żywcem wyrwał jej oczy i tylko czekał, aż użyje regeneracji. Jednak ona tego nie robiła.
Bez słowa podszedł do niej, złapał ją za szyję i rzucił o pień dębu, jednak nie puścił. Gwałtownie wbił jedno z ostrzy w jej ramię, po czym powtórzył to samo z drugim ramieniem, mocując ją do drzewa. Trzecie ostrze wbił prosto w brzuch.
Odszedł od niej na jakieś 50 metrów i ponownie stanął z twarzą zwróconą w jej stronę. Złączył ręce i mruknął pod nosem słowa zrozumiałe tylko dla niego, a z pnia, do którego przykuta była Hannah, wybiło się tysiące grubych i cienkich kolców, dziurawiąc dziewczynę na wylot. Podczas walki zdążył zauważyć, gdzie jest jej znak Urburosa – na karku. To był koniec.
Odwrócił się na chwilę w stronę Adelaide, która przez cały czas stała przy ścianie jednego z budynków i przyjrzał się jej chwilę. Kiedy ponownie spojrzał na Hannah, wiedział już, że nie żyje. Jest martwa. Zabił ją.
Jej ciało powoli się rozpadało w szary pył, który odlatywał w stronę nieba, ponaglany mocnym podmuchem wiatru. Zanim jednak w całości się rozpadła, ponownie złączył ręce, a zaraz po tym drzewo, do którego była jeszcze przykuta, stanęło w ogniu. Płomienie były tak wielkie i wysokie, że musiał odsunąć się jeszcze na kilka metrów. Pył z jej ciała mieszał się z popiołem, ale dalej się wyróżniał na swój własny, wyjątkowy sposób, po czym zwyczajnie zniknął.
Ogień zgasł, kiedy tylko Pein był pewny, że po Hannah nie został nawet najdrobniejszy ślad. Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w stronę smętnie wyglądającej Adelaide.
- Jej szukałeś? – spytała cicho, jak tylko znalazła się w zasięgu jego słuchu.
- Tak. – odparł beznamiętnie, a gdy znalazł się przy niej, przytulił ją, co czarnowłosa bez większego zastanowienia odwzajemniła. Nie minęła chwila, nim zniknęli w strudze charakterystycznego, siarkowego dymu.

***


- Jak to nie żyje?! Kto ją zabił? – warknął Envy, posyłając wrogie spojrzenia zarówno Az, jak i Rey’owi.
- Ten cały lider Akatsuki... – mruknęła białowłosa, zakładając ręce na piesi. Zielonowłosy uderzył się w czoło i przejechał dłonią po twarzy, po czym westchnął.
- Jak to było? Dlaczego umiejętności Hannah nie zadziałały przeciwko niemu? – spytał trochę spokojniej, ale wciąż agresywnie.
Przez chwilę panowała cisza, ale w końcu Az posłała znaczące spojrzenie swojemu „bratu”, na co ten wreszcie powiedział:
- Nie jestem pewien, ale ktoś mógł go uleczać... albo sam potrafił się regenerować. W takich sytuacjach każdy jest bezsilny.
Wyraz twarzy Envy’ego natychmiast się zmienił.
- Że co? Od kiedy...? – zaczął, ale nie skończył, tylko zacisnął pięści i uderzył w ścianę budynku obok, z której natychmiast posypał się tynk.
- To... ja go zabiję. – powiedziała Azmaria beznamiętnie, zwracając wzrok ku Envy'emu. Ten spojrzał na nią ze zdziwieniem. – Potrafię przecież władać lodem... na pewno się uda. – dodała, gdy się nie odzywał. Homunkulus wyprostował się i uspokoił.
- Porozmawiam z Ojcem. – powiedział, a po tych słowach odwrócił się i odszedł.

***


- Tak jak myślałem. – mruknął do siebie Pein, oglądając swoją lewą rękę. – Możesz dać mi jakieś ostrze?
Adelaide kiwnęła głową, a z jej skóry powoli wysunął się srebrny sztylet, którego zaraz po tym podała liderowi. Ten bez słowa wbił go w nadgarstek, a z rany polał się dziwnie nienaturalny strumień krwi.
- Co ty robisz? – spytała czarnowłosa z zaskoczeniem, ale i pretensją. Pein odczekał chwilę, aż w końcu ilość wyciekającej z rany krwi unormowała się; krew zatchnęła, a rana zrosła się w połowie. Pozostała jedynie jasna blizna z czerwonymi śladami.
- Demony mają inne komórki niż ludzie. – odparł, a ton jego wypowiedzi jak zwykle był chłodny. – Gdy walczyłem z tą całą Hannah, zraziłem ją do siebie, kiedy po raz pierwszy zregenerowałem swoje rany. Później raniła mnie tylko zewnętrznie, bo nie miała żadnego innego planu. Ta krew to jej zasługa. – podniósł z ziemi swój płaszcz i zarzucił go na siebie.
Oboje bez słowa weszli do budynku kryjówki Akatsuki, a metalowe wrota zatrzasnęły się za nimi z łoskotem.
komentarze [0]

"Chodźmy pozabijać jeszcze!" >> wtorek, 27 maja 2008 21:22:31
YMCA! To znaczy, dedykacja dla siostry i nikogo wiecej :O. Milego czytaaaania?


_______________________________________



Homunkulusy nie potrzebowały dużo czasu, by przekonać Azmarię do siebie. Traktowali ją po prostu jak dziecko i wbijali wiele nowych rzeczy do głowy – ludzie są źli, więc trzeba ich zabijać. A białowłosa im wierzyła, a nawet traktowała jak swoją rodzinę. Rey był bratem, a Hannah siostrą, bo to oni najwięcej się nią zajmowali, reszta natomiast to przyjaciele.
Envy powalił czarnowłosą dziewczynę na ziemię i bez słowa uderzył ją z całej siły w brzuch, a było tak mocno, że bez problemu rozpruł jej skórę i rozrzucił wokoło wnętrzności. Na zakończenie przebił jej czaszkę, którą później oderwał i rzucił o ścianę.
Azmaria spojrzała niepewnie na Rey’a i pokręciła głową przecząco.
- Az się to nie podoba... – szepnęła, wskazując na zmasakrowane ciało dziewczyny. Envy westchnął i założył rękę na biodro.
- Co w tym złego? – warknął, przewracając oczami.
- Potraktuj to jako zabawę! – powiedziała z uśmiechem Hannah i wskazała przed siebie na siwego faceta przechodzącego niedaleko od nich. – Zobacz. – po tych słowach machnęła ręką, a z pleców mężczyzny wybiły się kości. Zaczął krzyczeć, ale to nic nie dało; padł martwy na ziemię. – Widzisz?
- No nie wiem... – wzdrygnęła się białowłosa, przyciągając swoje ręce do twarzy. – Czy to dobre?
- Pewnie. My homunkulusy możemy coś takiego robić. – zapewnił ją Rey, a brązowowłosa położyła dłoń na jej ramieniu.
- To teraz twoja kolej. – powiedziała, a na jej twarzy wciąż widniał uśmiech, przyjazny, ale niepokojący. Az kiwnęła głową, ale po chwili wbiła wzrok w ziemię i spytała:
- Ale co ja mam zrobić?
Hannah spojrzała ze zrezygnowaniem na Envy’ego, który wydał z siebie cichy syk wściekłości. Podszedł do białowłosej, wyjął nóż z kieszeni i położył go na jej dłoni.
- Najpierw spróbuj to zamrozić. – rozkazał ostro, posyłając jej złowrogie spojrzenie.
- Ale jak...? – szepnęła, wciąż nie wiedząc jaka jest jej rola. Envy zacisnął pieści ze zniecierpliwieniem.
- Umiesz panować nad lodem, więc po prostu zamroź ten nóż! – warknął. – Nauczcie ją, ja muszę coś zrobić. Spotkamy się potem. – dodał po chwili, zwracając się do Rey’a i Hannah, po czym skoczył w powietrze i zniknął na dachu budynku, przy którym stali. Azmaria spojrzała wyczekująco na brązowowłosą.
- Słuchaj, musisz po prostu się skoncentrować... i użyć tych swoich umiejętności. My nie wiemy, jak to zrobić, bo nigdy nie mieliśmy możliwości kontrolowania lodu. Spróbuj – zachęcił ją Rey, uśmiechając się lekko. Białowłosa westchnęła, ale ponownie kiwnęła głową, chwyciła nóż oburącz za uchwyt i zamknęła oczy. Starała się skupić na ostrzu i zrobić cokolwiek, chociaż wciąż nie wiedziała jak „tego” użyć. Po dłuższej chwili stwierdziła, że nie ma sensu dalej tego ciągnąć, więc opuściła ręce i otworzyła oczy. Ku jej zaskoczeniu, to nie nóż obrósł lodem... ale wszystko wokoło! Nawet Rey i Hannah mieli niewielki szron na włosach.
- Prawie. – mruknęła Hannah, strzepując kryształki lodu z głowy. Rey rozejrzał się wokoło, po czym powiedział:
- Lepiej stąd iść. Ludzie pewnie wezwali policję, i w ogóle... poza tym, tutaj nie ma nikogo, kto byłby odpowiednim workiem treningowym dla Az.
Hannah kiwnęła głową.
- Więc chodźmy.

***


- Nudzi mi się. – powiedziała z niezadowoleniem Adelaide, po raz kolejny zmieniając pozę na fotelu. Tym razem przerzuciła nogi przez jedno oparcie, a głowę przez drugie; jej długie, czarne loki prawie dotykały podłogi.
- Nie mów, że naprawdę nie masz co robić. – mruknął lider chłodno, nie odrywając wzroku od dokumentów na swoim biurku.
- Przebierałam się dzisiaj aż trzy razy, przeczytałam wszystkie ciekawe książki i przegrałam prawie pół tysiąca, gdy grałam z Kakuzu w pokera – odpowiedziała z dezaprobatą. – Nie możesz mnie gdzieś zabrać? Nigdzie nie wychodziłam, od kiedy Lucyfer „sobie poszedł”.
- Wieczorem. – odparł, podpisując kilka kolejnych kartek, a następnie wszystkie razem położył na stosie plików po swojej lewej stronie.
- Na misję, prawda? – spytała mimowolnie Aide.
- Nie do końca. Idziemy, bo idziemy. Jeśli się trafi i spotkamy tego, kogo mamy spotkać, to dobrze. Jeśli nie, to też dobrze. Taka odpowiedź cię satysfakcjonuje? – mruknął, raczej od niechcenia, ale w pewnym stopniu jego głos złagodniał.
- Niech ci będzie. – przeciągnęła się i wstała. – Tak więc już ci nie przeszkadzam – nachyliła się nad biurkiem i pocałowała rudowłosego w usta. – Zgarnij mnie, kiedy będziesz wychodził.
- Pewnie... – mruknął w zamyśleniu, odprowadzając dziewczynę wzrokiem do drzwi. Kiedy już jej nie było, powrócił do swojej papierkowej roboty.

***


- I co? – spytał Envy, siadając na krawędzi dachu. Hannah i Rey spojrzeli po sobie, po czym oboje odeszli od siebie na kilka kroków; Hannah usiadła przy kominie, a Rey zaczął chodzić w kółko, jak zawsze zresztą.
- Nie potrafi kontrolować swoich lodowych mocy, chociaż ma je opanowane do perfekcji. – oznajmił fioletowowłosy spokojnie, a Hannah kiwnęła głową.
- Zamroziła cały sklep. Na szczęście był mały i nikt tego nie zauważył... – dodała zaraz po tym i westchnęła. – To nudne się nią tak zajmować! Zachowuje się jak dziecko.
- Nie macie wyjścia, taka wola Ojca. – warknął zielonowłosy oschle.
- Jakbyśmy tego nie wiedzieli! – rzucił chłodno Rey i wreszcie oparł się o ścianę małego, oddzielnego pomieszczenia, które stało samotnie na dachu bloku.
- Azmaria to broń, nic więcej. Już się do nas przekonała, teraz wystarczy zamienić ją w bezdusznego zabójcę, który bez wahania wykona wszystkie najcięższe prace homunkulusów. Nic nie pamięta, nawet tej swojej siostry, więc też nie powinno być problemów z zabiciem jej. – powiedział zniecierpliwiony Envy, któremu najwyraźniej zaczynały się nudzić zwyczajne rozmowy.
- I jak na razie wszystko idzie po myśli Ojca. – westchnęła Hannah i wstała. – W każdym razie, chodźmy, Rey, na nas czas.
- Mhm... – mruknął w odpowiedzi homunkulus i razem z brązowowłosą zeskoczyli z dachu wprost na ulicę.

***


- I jak? Jest tu gdzieś ta osoba, której chciałeś szukać? – spytała Adelaide, spoglądając na Pein’a. Lider wpatrywał się beznamiętnie w ludzi, którzy chodzili po zatłoczonych ulicach Tokio, a jego oczy połyskiwały lekko w świetle księżyca.
- Nie. I dziś już nie będzie. – odparł po dłuższej chwili.
- A tak w ogóle, kto to? Jeśli mogę wiedzieć – mruknęła z nikłą ciekawością.
- Nikt, kim powinnaś się przejmować. I tak zginie. – odpowiedział obojętnie. – Zdaje się, że chciałaś gdzieś iść. Masz jakieś konkretne plany? – dodał po chwili, zerkając na nią z ukosa.
- Nie miałbyś nic przeciwko, gdybyśmy poszli do jakiegoś sklepu z ubraniami? Bo widzisz, szukam aktualnie czarnych tunik, bo te, które mam już mi się znudziły... – uśmiechnęła się uroczo, składając ręce przed sobą.
- A która godzina? – spytał niespodziewanie, co Aide trochę zdziwiło. Tak, czy inaczej wyjęła z kieszeni niewielki naszyjnik, który później okazał się zegarkiem i powiedziała:
- Po dwudziestej drugiej.
- W takim razie zamknęli już centrum handlowe. Pójdziemy tam, pewnie coś znajdziesz. – westchnął, po czym podszedł do niej, objął ją ramieniem i oboje zniknęli w siarkowym dymie.

***


Azmaria stała nad jasnowłosym chłopakiem, a z jej twarzy skapywała krew. Przecięła mu tętnicę, której zawartość zaraz obryzgała całe włosy białowłosej i wszystko inne wokoło. Nie mogła uwierzyć, że to zrobiła... ale było przyjemnie, widzieć przerażoną twarz swojej ofiary, słyszeć jej wołanie o pomoc, a później samą śmierć, taką ciepłą i przyjazną. Rey podszedł od drugiej strony martwego ciała i uśmiechnął się.
- Pięknie, Az, pięknie. – powiedział z zadowoleniem. – Prawda, że to przyjemne uczucie, całe to zabijanie?
- Podobało mi się. – szepnęła, nie odrywając wzroku od ciała chłopaka. Krew obrała swoją ścieżkę wzdłuż chodnika, a później zaczęła skapywać do studzienki kanalizacyjnym, z charakterystycznym „kap”...
- Ze swoimi umiejętnościami masz naprawdę duże możliwości...
Twarz chłopaka powoli stawała się coraz bledsza, a oczy coraz bardziej puste.
- ... mało kto potrafi kontrolować lód tak dobrze jak ty...
Pierwsze krople deszczu zmieszały się z krwią, rozrzedzając ją. Doskonale widziała kropelki czerwonej mazi skapującej centralnie z jej nosa.
- ... Az?
Dziewczyna otrząsnęła się i niespodziewanie uśmiechnęła.
- Chodźmy pozabijać jeszcze! – szepnęła radośnie. Rey spojrzał na nią szybko, lekko otwierając usta ze zdziwienia.
- Naprawdę tego chcesz? – spytał podejrzliwie, a na jego twarzy pojawił się grymas zastanowienia, jakby w myślach toczył wojnę o podjęcie właściwej decyzji.
- Tak. To źle? – spytała z ciekawością, niewinnie i słodko. Fioletowowłosy wsadził rękę w swoje włosy i powoli je przeczesał, co często robił, gdy myślał.
- Nie, to bardzo dobrze. – uśmiechnął się po chwili i rozejrzał. – Dobra, stąd powinniśmy już odejść. Pamiętaj, Az, nigdy nie zostawaj długo przy osobie, którą zabiłaś. Niektórzy są przeciwni zabijaniu i chcą się pozbyć tych, którzy to robią.
- Hai! – Az kiwnęła żywo głową, a Rey zaśmiał się.
- Tak więc chodźmy! – chwycił dziewczynę, zanim ta zdążyła zareagować i już ich nie było. Zniknęli.
komentarze [0]

"Edo już nie lubi Az...?" >> niedziela, 25 maja 2008 21:10:04
Siostra, dedykacja dla ciebie oczywiscie! Co do ff'a to jasne, ze niezbyt... ale sama ocenisz! x3". No, milego czytania? : D"


_______________________________



- Nie nadajesz się już do niczego! – warknął Pein, podszedł do Lucyfera i bez wahania wziął od niego bezwładne ciało Adelaide.
- A ty co byś zrobił w takiej sytuacji, co?! – krzyknął demon z pretensją.
- Zabiłbym tą dziewczynę i dziwię się, dlaczego ty tak nie zrobiłeś. – powiedział podniesionym głosem lider i zniknął za czarnymi drzwiami po lewej stronie jego gabinetu.
Lucyfer szybko za nim podążył, nie chciał stracić ich z oczu, a gdy stanął przy framudze drzwi jego oczom ukazał się całkiem ciekawy pokój. Łóżko można by nazwać łożem, bo było ogromne, na ścianach wisiało kilka dziwnych obrazów, przy ścianach stała wielka szafa i parę mniejszych szafek, a wszystko to w kolorach czerni i bieli.
Pein położył Aide na czarnej pościeli i bez słowa odszedł, zamykając za sobą drzwi od pokoju,
- Oszalałeś? Ona potrzebuje lekarza! – odezwał się Lucyfer po chwili, zdziwiony zachowaniem rudowłosego. Lider złączył ręce, a chwilę później pojawiło się pięć pozostałych jego ciał, z tą samą, obojętną ekspresją na twarzy. Zaraz po tym, każde z ciał złączyło ręce, układając palce w trochę inny sposób i nagle zniknęli, pozostawiając po sobie jedynie siarkowy dym.
Pein zwyczajnie usiadł na fotelu przy swoim biurku i wziął kilka dokumentów, po czym zaczął je przeglądać.
- I ty tak będziesz sobie zwyczajnie siedział, podczas gdy Aide cierpi...? – wysyczał Lucyfer, a Pein posłał mu naprawdę agresywne spojrzenie.
- W przeciwieństwie do ciebie, ja wiem co robię. – odparł z irytacją w głosie, na co Lucyfer parsknął, odwrócił się i zaczął odchodzić w stronę drzwi. – Właśnie, jeszcze jedno... zbliżysz się do niej choćby na krok, a cię zabiję.
- Że co?! – krzyknął płomiennowłosy, natychmiast się odwracając. – Nie możesz mi tego zabronić... nikt nigdy mi nie rozkazywał i tak zostanie!
- Ja ci nie rozkazuję. Tylko ostrzegam. – odparł lider z nienaturalnym spokojem. Demon rzucił mu posępne spojrzenie i rozpadł się w tysiące małych pająków, które wypełzły z pokoju przez szparę pod drzwiami.

***


Azmaria przeciągnęła się i wzięła do ręki pilota od telewizji. Zaczęła przełączać kanały, szukając czegoś odpowiedniego, aż w końcu zainteresował ją program o festiwalu we Włoszech. Na kolorowym ekranie pojawiło się mnóstwo ludzi, przebranych w różne wyjątkowe i bogate stroje, część z nich tańczyła. Dziewczyna jak zahipnotyzowana wpatrywała się w odbiornik, bo w końcu po raz pierwszy w „nowym życiu” miała okazję coś takiego zobaczyć.
Nagle usłyszała, że ktoś wchodzi do domu i zamyka za sobą drzwi. „To pewnie Edo i Aru!” – pomyślała z uśmiechem i poderwała się z miejsca, po czym wybiegła do przedpokoju. I nie myliła się – blondyn właśnie zdjął buty i spojrzał w jej stronę.
- Edo! Mew! – pisnęła radośnie i przytuliła alchemika, ale ten ni stąd ni zowąd ją odepchnął.
- Zostaw mnie. – warknął, obszedł ją i ruszył w kierunku salonu. Białowłosa stanęła jak wryta, a jej oczy momentalnie się zaszkliły. Powolnym krokiem ruszyła za blondynem, chociaż miała małe wątpliwości. Nie rozumiała, dlaczego się tak zachował. Może ma zły dzień? Może coś mu nie poszło?
- Co Az źle zrobiła...? – spytała cicho, wbijając wzrok w siedzącego na kanapie Ed’a. Ten przez chwilę przełączał kanały, aż w końcu trafił na wiadomości i dopiero wtedy odpowiedział:
- Urodziłaś się.
Jego głos brzmiał nienaturalnie, ale jednak należał do niego. To był Ed. Azmaria zaczęła drżeć, lekko przerażona sytuacją, która wyraźnie ją przerastała.
- Ale... – jęknęła, jednak chłopak natychmiast jej przerwał:
- Odpieprzysz się wreszcie? Jestem zajęty!
To było za dużo, za dużo jak na Azmarię, która była po prostu nieodporna na takie słowa. Wybiegła z pomieszczenia i szybko skierowała się do swojego pokoju. Gdy już w nim była, padła na łóżko i szybko weszła pod kołdrę.
- Edo już nie lubi Az...? – spytała siebie drżącym głosem, po czym zasłoniła twarz poduszką i zaczęła płakać.

***


- I jak? – odezwał się wysoki, dziewczęcy głos w słuchawce, a Envy uśmiechnął się szyderczo.
- Przyjęła to wszystko. Bez wiedzy o homunkulusach nigdy się nie zorientuje, że to ja odegrałem rolę „Złego Edwarda”. – odpowiedział bez wahania i wyłączył telewizor. W ekranie widział swoje odbicie – niewysokiego blondyna z protezami.
- Pamiętaj, nie daj poznać, że nie jesteś prawdziwym Elric’em, bo inaczej będziemy mieli kłopoty. – powiedziała Hannah poważnym tonem.
- Nie będę tym, który spieprzy to zadanie, jeśli ono się oczywiście nie powiedzie. – odparł z niezadowoleniem.
- Ja swoją część wykonałam. Teraz czekam na pozostałych – powiedziała dziewczyna.
- Naprawdę? I nadal żyjesz? Wiesz, facet tej całej Adelaide jest bardzo nerwowy... – mruknął.
- Ten chuderlak? Już nie żyje. – zaśmiała się.
- Chuderlak? Czyli nie mówimy o tym samym. W każdym razie, jeśli spotkasz napakowanego rudzielca z przesadną ilością kolczyków na twarzy to uważaj na niego. – odpowiedział po dłuższej chwili ciszy i spojrzał na zegar. Według planu Ed i Al powinni wrócić za 10 minut, a to znak, że on sam musi się zbierać.
- No co ty, nic mi nie grozi. Z moimi umiejętnościami jestem nietykalna! – odparła zuchwale Hannah.
- Ta... w każdym razie, ja kończę. Zadzwoń do Rey’a i powiedz mu, żeby czekał jutro po dziesiątej aż wyjdę z domu Elric’ów. – powiedział i rozłączył się. Zmienił się w zielonowłosego homunkulusa i ze stolika obok wziął niewielką strzykawkę ze sporą dawką środku usypiającego. Wszedł na górę do pokoju Azmarii, otworzył drzwi i spojrzał na śpiącą w rogu łóżka białowłosą. Wziął jej rękę, a igłę wbił prosto w żyłę na nadgarstku. Azmaria gwałtownie otworzyła oczy i spojrzała w sufit, ale zaraz po tym powieki jej opadły i westchnęła głęboko. Envy uśmiechnął się szyderczo i mruknął:
- Śpij długo, Azmario...

***


Adelaide pokręciła głową i otworzyła oczy, a jedyne, co zobaczyła to biały sufit. Kiedy przekręciła głowę dostrzegła Pein’a i jego drugie ciało, które ciągnęło za sobą jakiegoś łysego faceta w stronę drzwi.
- Pein... co się stało...? – szepnęła bezdźwięcznie, z lekkim trudem. Czuła się naprawdę słaba, a głowa bolała ją jak chyba nigdy dotąd.
- Miałaś połamane wszystkie żebra, ale to już nie problem. Teraz ten facet przejął to na siebie – odpowiedział beznamiętnie. – A co do Lucyfera, powiedziałem mu, że jeśli się do ciebie zbliży, to go zabiję. – dodał po chwili i usiadł na brzegu łóżka od strony Aide, łokcie opierając o kolana.
- Co...? Pein, jak mogłeś? Przecież on nie ma złych intencji... – mruknęła z wyrzutem i z lekkim trudem podniosła się do pozycji siedzącej.
- Cóż, nie potrafił cię porządnie obronić. Właściwie, to mój błąd, bo nie powinienem był cię zostawiać. – powiedział, wzrok kierując gdzieś przed siebie.
- Powiedz mi tylko... Dlaczego tak nagle zacząłeś mnie chronić? Przecież kiedyś, jak wychodziłam na misje, wracałam ledwo żywa... zdarzało się nawet, że przez kilka dni cały czas leżałam w łóżku. – szepnęła, odgarniając kosmyki włosów za uszy.
- Zaznałaś miłości, zanim dołączyłaś do Akatsuki? – zapytał niespodziewanie. Aide spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- Tak... – odpowiedziała niepewnie.
- Widzisz, ja nie. Wszyscy ci, których zaczynałem lubić w dzieciństwie po prostu ginęli jak muchy. Dlatego później uodporniłem się na jakiekolwiek uczucia, bo nie chciałem znowu ubolewać nad stratą bliskiej mi osoby. Przez ponad 10 lat nikogo nie pokochałem, nawet nie polubiłem, byłem oschły i niemiły... – mruknął niechętnie, ale po krótkiej chwili kontynuował: – Nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakbym się tobie wyżalał. Po prostu kiedy cię zabili, a później pojawił się Lucyfer, doszedłem do wniosku, że nie przyjmę do wiadomości, że cokolwiek ci się stało. Zwyczajnie bym nie potrafił.
Aide powoli wyprostowała się i bez słowa objęła lidera ramionami, kładąc swoją głowę na jego plecach. Choć jej oczy były zaszklone i ledwo powstrzymywała się od płaczu, nie chciała dać po sobie poznać.

***


Ed wszedł do pokoju Az i usiadł na jej łóżku. Dziewczyna wciąż spała, ale nie obudziła się nawet, gdy blondyn mocno nią potrząsnął.
- Az, Az, no obudź się! – powiedział głośno, a dziewczyna wreszcie uchyliła lekko powieki. Na widok alchemika jej oczy natychmiast stały się zaszklone, a zaraz po tym zaczęła płakać. Ed, trochę zdziwiony, chciał ją przytulić, ale białowłosa gwałtownie cofnęła się na koniec łóżka. – Co jest, Az? – spytał, wbijając w nią swoje zaskoczone spojrzenie.
- Ed niech idzie... – szepnęła, kręcąc głową przecząco, ale nie odrywała od niego wzroku. W jej oczach bez większego trudu można było zobaczyć lekki strach, ale i wielki smutek.
- Ale dlaczego? Co się stało...? – spytał niepewnie, a dziewczyna zaczęła płakać jeszcze głośniej.
- Ed niech idzie! – powtórzyła, odwracając się w stronę ściany i zakryła twarz poduszką. Blondyn wstał, ale nie odchodził jeszcze przez długi czas. Wpatrywał się w białowłosą z wielkim żalem i nieukrywanym zaskoczeniem, bo po prostu nie znał powodu, dlaczego się tak zachowuje. – Proszę... – dodała różno oka niespodziewanie, wciąż na niego nie patrząc. – Idź...
- Skoro chcesz. – odparł Ed beznamiętnie, odwrócił się na pięcie i odszedł, zamykając za sobą drzwi. Gdy znalazł się poza zasięgiem jej wzroku, oparł się plecami o ścianę i spojrzał w sufit. „Ale... dlaczego?” – pytał siebie, ale po chwili pokręcił głową, wyprostował się i zszedł po schodach do salonu.
komentarze [0]

"Az widziała coś strasznego..." >> sobota, 24 maja 2008 01:03:25
Dedykacja dla Sziny, najwspanialszej siostry na swiecie! : D. I Eli, i Nastii... choć pewnie się o tym nie dowiedzą xD. Cóż, pozostają intencje :>.
Milego czytania!~

(btw. siostra, jesli Az jest ZBYT dziecinna, to powiedz, bo nie jestem pewna x3")


______________________________________



Pein wyszedł z niewielkiego pomieszczenia przy sklepowej wystawie, przeczesał włosy palcami i rozejrzał się. Ulica z obu stron była pusta, a latarnie jarzyły się nieprzyjemną żółcią. Tylko jedna na przemian gasła i zapalała się. Księżyc wyszedł zza chmur i zrobiło się o wiele jaśniej niż wcześniej, czyli warunki stały się bardziej korzystne dla Adelaide.
Lider zarzucił na siebie swój płaszcz, po czym mruknął:
- Nikogo nie ma, możesz wyjść.
Aide powoli wyszła na zewnątrz i z trudem zapięła suwak na tyle swojej tuniki, klnąc przy tym cicho pod nosem.
- Nadajesz nowe znaczenie „misjom”, które wykonujemy, zdajesz sobie z tego sprawę? – westchnęła.
- Zmieniam je tylko na dogodniejsze. – odparł bezwyrazowo, opierając się ręką o ścianę budynku, przy którym stali.
- Ach, rozumiem. – uśmiechnęła się słodko, poprawiła włosy i podeszła do lidera, po czym objęła go w pasie. Stali tak kilka dłuższych chwil, rozglądając się po bokach, szukając tych, którzy zaraz staną się ich ofiarami, ale ulica wciąż była pusta. Nie wiedzieli nawet, ile dokładnie mają czekać, ale cel był jasny – wyeliminować przeszkody.

***


Ed usłyszał cichy płacz i zaraz po tym ktoś ścisnął jego koszulkę, co ostatecznie wyrwało go ze snu. Szybko otworzył oczy i pierwsze, co zobaczył to skuloną Azmarię, przytuloną do jego ręki.
- Az... ciii... już w porządku... – powiedział odruchowo i przytulił dziewczynę do swojej piersi, pozwalając położyć jej głowę na swoim ramieniu.
- Mew... mew... Edo... – jęknęła, obejmując go wokół szyi. Blondyn zaczął głaskać ją po włosach i szeptać pocieszające słowa, ale białowłosa nie przestawała płakać. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jest środek nocy, a on siedzi w salonie przed wyciszonym telewizorem, okryty jedynie kocem. No tak, przed kilkoma godzinami czekał, aż dziewczyna skończy układać puzzle, ale najwyraźniej zasnął i to ona dała mu nakrycie. Wcześniej była roześmiana i szczęśliwa, a teraz zapłakana i smutna. Tylko dlaczego?
Mimo wszystko, zaczekał, aż ta się wypłacze, co zajęło całkiem sporo czasu. Gdy już tylko łkała, położył się, białowłosą kładąc na sobie i spytał:
- Co się stało, Az?
Przytuliła się do niego naprawdę mocno, ale nic nie powiedziała, a blondyn nie nalegał. Nie mógł zresztą nalegać w takiej sytuacji; za oknem zagrzmiało. Zanim się uspokoiła minęło kolejne 20 minut i przez cały ten czas nie odezwała się nawet słowem. Gdy Ed zapytał, czy miała zły sen, pokiwała tylko głową potwierdzająco. I to było wszystko. Niedługo potem zasnęła, a jej oczy stopniowo przestawały być czerwone.
Ed zastanawiał się jeszcze długo nad całą sytuacją, jaka miała miejsce przez ostatnie dwa tygodnie. Az nie odzyskiwała pamięci, prawie w ogóle, tym bardziej wspomnień z dzieciństwa, zarówno tych o nim, o Adelaide, jak i o rodzicach i sierocińcu. Wciąż mówiła o sobie w trzeciej osobie, ale naprawdę szybko się uczyła – w tydzień poznała cały alfabet i szereg różnych skomplikowanych słów, którymi jeszcze nie do końca potrafiła się posługiwać.
Powoli, w zamyśleniu, zamknął oczy i z każdą chwilą jego umysł stawał się coraz mniej zdolny do koncentrowania. Wreszcie zasnął, dokładnie w momencie, kiedy na dworze zaczęło padać.

***


– To ile jeszcze? – spytała Aide, jak zwykle znudzona po niewielkim czasie oczekiwania.
- Już. – odpowiedział szybko Pein i skinął na koniec ulicy. – Wiesz, jaki jest plan. Kiedy będą przechodzić obok zgaszonej latarni, atakujemy razem z dystansu. Użyj tej techniki, którą ci pokazywałem, a jak ci nie wyjdzie to zaszyj się gdzieś albo przenieś prosto do kryjówki. – pocałował ją namiętnie, rzucił wzrokiem na budynek po drugiej stronie ulicy, po czym złączył ręce i zniknął. Aide uśmiechnęła się lekko do siebie, ale zaraz skoncentrowała się i wbiła wzrok w idącymi ulicą ludzi, którzy po chwili zaczęli stawać się widoczni, oświetlani światłem latarni.
Nie wiedziała dokładnie, w jakim celu ma użyć techniki wskazanej przez Pein’a, ale postanowiła się nie sprzeczać i zaufać liderowi. Rzadko się mylił, a poza tym nie miała nic do stracenia. W międzyczasie, gdy odliczała do użycia techniki, złączyła ręce dokładnie tak jak lider stojący na dachu budynku obok. Sześcioro ludzi zbliżało się do zgaszonej latarni. Wyglądali może na trzydziestopięciolatków, a jeden z nich był siwym mężczyzną, na pewno emerytem.
Trzy... dwa... jeden...
Adelaide zamknęła oczy i skoncentrowała się na swojej czakrze, nie chciała niczego schrzanić. Poczuła ból w całym ciele, ale trwał on tylko chwilę, później przeistaczając się niewinne uczucie lekkości. Nagle całą ulicę wypełniła bezgraniczna pustka, pochłaniając tym samym szóstkę nieznajomych, ale ominęła czarnowłosą. Ziemia z każdą chwilą trzęsła się coraz mocniej, aż w końcu dało się słyszeć głuchy trzask i pewnego rodzaju wyładowanie elektryczności; po kilku sekundach rozległ się wybuch i odgłos tłuczonego szkła.
Gdy otworzyła oczy, wszystko było w niewielkiej mgle. Ze studzienek kanalizacyjnych wydobywał się dym, latarnie były powykrzywiane i zgaszone, a szkło ze wszystkich okien i wystaw leżało porozbijane wzdłuż ulicy. Tam, gdzie wcześniej byli nieznajomi, leżały tylko porozrzucane miazgi mięsa i krwi.
Aide zakryła usta dłońmi, starając się nie wydobyć z siebie żadnego dźwięku - było ciemno, za ciemno jak dla niej. Zaczęła się cofać, a gdy wpadła na coś miękkiego, pisnęła, co zostało ściszone przez jej dłonie.
- Spokojnie, to ja. – usłyszała dobrze znany głos lidera Akatsuki. Rudowłosy przytulił ją do siebie, pogładził po włosach uspokajająco, a po minucie puścił, ale nie oddalił się nawet o krok. – W porządku?
- Tak. Dzięki. – szepnęła. – Co to za technika? I dlaczego sam nie mogłeś jej wykonać?
- Tak zwana podwójna. Wymyśliłem ją, kiedy ty byłaś z Lucyferem na Hokkaido. – powiedział beznamiętnie, z naciskiem na imię demona. Aide założyła ręce na piersi. – W każdym razie, nie sądziłem, że będzie aż tak skuteczna... szczerze mówiąc, miałem wątpliwości, czy w ogóle pozytywnie zadziała. I popatrz, wszystko zdemolowane. Przeszło to moje oczekiwania. – dodał po chwili z zastanowieniem, rozglądając się. – W każdym razie, chodźmy. Nie lubisz ciemności, a poza tym zaraz będzie tu policja.
Objął dziewczynę jedną ręką wokół talii, a drugą dłoń ułożył do użycia techniki, po czym zniknęli w strudze szarego dymu.

***


Pogoda na dworze nie zmieniła się, na chodnikach widniało sporo większych kałuż, a z drzew spadały spore krople deszczu. Po obudzeniu Ed od razu otworzył oczy, gdy tylko poczuł, że Azmarii nie ma obok niego. I właściwie to nie odeszła daleko – siedziała na podłodze, a naprzeciwko niej Al i razem grali w Monopol. Na stoliku leżały dwie miski z niedojedzonymi płatkami kukurydzianymi i jedna czysta, innego koloru, wraz z kartonem mleka i sporym, na wpół pustym opakowaniem Gold Flakes’ów.
- Az kupuje hotel! Mew! – pisnęła uradowana dziewczyna i uniosła ręce w górę. Wyglądała na pełną życia i entuzjazmu, tak jak na co dzień. Blondyn znów zaczął się zastanawiać co tak naprawdę mogło być powodem jej nostalgicznego nastroju poprzedniego wieczora, a przez chwilę przed jego oczami widniał obraz zapłakanej Azmarii ściskającej rękaw jego koszulki. Westchnął cicho.
- Kurde, Az, jesteś za dobra... nie mam szans! – powiedział Al i rzucił kośćmi. – I jeszcze idę do aresztu! No nie...
- Ale Aru ma przecież ten bilet, że może wyjść z więzienia. – białowłosa wskazała palcem na kartę przy planszy po stronie młodszego z braci Elric.
- No fakt... – mruknął Al. – W takim razie używam karty! – dodał po chwili i rzucił bilet w stronę „banku”, jakim był mały karton ze sztucznymi pieniędzmi. Ed uśmiechnął się odruchowo, po czym usiadł na sofie, zrzucając z siebie koc w paski. Białowłosa momentalnie spojrzała w jego stronę i uśmiechnęła się szeroko.
- Edo się obudził! – wstała, podbiegła do blondyna i przytuliła go mocno, siadając na jego kolanach. Al obrócił się w jego stronę, a na jego twarzy również widniał uśmiech.
- Bracie, ale długo spałeś! – powiedział, wskazując na zegarek wiszący obok drzwi. Zbliżała się jedenasta trzydzieści.
- Wy najwyraźniej nie. – westchnął alchemik w odpowiedzi.
- Az obudziła się, kiedy... – dziewczyna spojrzała w sufit, a na jej twarzy pojawił się grymas zastanowienia. – Az nie pamięta. Mew! – przytuliła się do blondyna jeszcze mocniej, na co ten odetchnął głucho.
- Jak chcesz coś zjeść, to jest tutaj, o... – zaczął Al, ale zaraz przerwał, wstał i przyjrzał się stołowi. – Nie ma łyżki. Przyniosę! – po tych słowach oddalił się w stronę kuchni i zamknął za sobą drzwi pokoju.
- Az, powiedz... co się stało, że w nocy płakałaś? – spytał cicho Ed, a białowłosa wzdrygnęła się i spojrzała mu w oczy.
- Az widziała coś strasznego... – szepnęła smutnym głosem. – Wokoło leżeli martwi ludzie... i byłam ja z dłońmi we krwi. I stała tam też ta Adelaide, która była u nas przedtem... mówiła coś do mnie, ale nie pamiętam co. Potem podbiegł do niej jakiś chłopak, a wtedy z jej skóry wydobył się nóż i ucięła nim głowę tego chłopaka. I później było tam dużo lodu... i śniegu... i się obudziłam. – powiedziała cicho, wbijając wzrok w podłogę. Ed zaczął głaskać ją po włosach i szepnął:
- Jakby śniło ci się coś takiego jeszcze raz... to przyjdź do mnie, dobrze?
Azmaria kiwnęła delikatnie głową.
- I nie mogę nic innego ci poradzić, jak po prostu zapomnieć o tym... przynajmniej się postaraj.
- Az zrobi wszystko, co Ed jej powie. – dziewczyna uśmiechnęła się niespodziewanie i zaraz po tym do pokoju wszedł Al.
- Proszę, oto łyżka! – machnął sztućcem lekko, podszedł do swojego brata i wręczył mu go uroczyście.
- Dzięki. – blondyn wyszczerzył zęby, a Al zwrócił się do Azmarii:
- Gramy dalej?
- Mew! Pewnie! – odpowiedziała Azmaria i po chwili oboje siedzieli przy planszy, ponownie segregując swoje monopolowe oszczędności.
komentarze [0]

"Ja cię nigdy nie zostawię. Nie potrafiłbym." >> środa, 21 maja 2008 23:48:05
Souy za błędy, ale serio, tak dużo napisałam, że nie chce mi się do końca sprawdzać xD. Jakby co -> proszę mnie poprawić :3.
Dedykacja dla siooostry!


_________________________________



Ed spojrzał na bawiącą się kubkami Azmarię i westchnął. Jeszcze wczoraj była normalna, a raczej, wszystko pamiętała i była tą samą, ponurą, ale jednak kochaną Azmarią. Teraz zachowywała się jak niczego nieświadome dziecko, uczące się świata i poznające słowa. Mimo wszystko, uczucia Ed’a się nie zmieniły – wciąż ją kochał i raczej nigdy nie przestanie.
- Edo... – jęknęła Azmaria dziecięcym tonem i wstała. Cała jej sukienka była mokra. – Az wylała... – dodała po chwili ciszej i spojrzała na niego ze smutkiem. Jej dwukolorowe oczy błyszczały, jakby miała się zaraz popłakać.
- Spokojnie, Az, nic się nie stało... to tylko ubranie, wyschnie. – powiedział szybko i przytulił ją do siebie ramieniem. Białowłosa pokiwała powoli głową.
- Ale to jest... mew... – mruknęła, przeciągając sukienkę. – Niedobre.
- A, no tak, trzeba zdjąć. – powiedział Ed i odruchowo westchnął. Zdał sobie sprawę, że Azmaria sama sobie nie poradzi, a to oznacza, że będzie musiał jej pomóc. I nie tylko jednorazowo, ale do czasu, kiedy sama będzie potrafiła się przebierać. – To... idź do swojego pokoju, zaraz przyjdę. – rzucił i skinął na drzwi w korytarzu. Dziewczyna bez słowa ruszyła w ich stronę, a Ed usiadł przy stole i uderzył głową o blat.

***


Ed rozpiął zapięcie biustonosza Azmarii i szybko zdjął go z dziewczyny, jednocześnie mając głowę zwróconą w inną stronę.
- Dlaczego Edo taki czerwony? – spytała Az ciekawsko, na co blondyn zacisnął zęby. – I dlaczego nie patrzy? – dodała cicho.
- Bo nie... – mruknął pod nosem i westchnął bezgłośnie. Białowłosa wyszczerzyła dwa rzędy białych zębów i objęła alchemika wokół szyi, na co ten wydał z siebie cichy jęk zaskoczenia. – Az, przestań...
- Przestań? – szepnęła, przybliżając się, a ich twarze znalazły się naprawdę blisko siebie.
- Aaaz, Eeed, jesteście? – usłyszeli nagle i w drzwiach pojawił się Al. Gdy spojrzał na nich na jego policzkach szybko pojawiły się rumieńce. – Przepraszam, nie chciałem przeszkadzać...
- Czekaj, Al! Ja tylko próbowałem ją przebrać! – zawołał Ed, zanim młodszy z braci Elric odszedł. Widząc średnio dowierzające spojrzenie Al’a dodał cicho: - Serio...
- Mew! – krzyknęła Az z entuzjazmem i przytuliła się mocniej do chłopaka.
- No dobra... w takim razie powodzenia! – uśmiechnął się Al pocieszająco i odszedł, zamykając za sobą drzwi. Ed westchnął, jedną ręką trąc swoją wyjątkowo czerwoną twarz.
- Dobra, Az, usiądź normalnie... – szepnął, a białowłosa zrobiła co kazał w tak szybkim tempie, że nie zdążył się odwrócić. Zmieszany rzucił wzrokiem w bok pokoju. To było dla niego stanowczo za wiele. Gdy poczuł, że dziewczyna się porusza i najprawdopodobniej zbliża do niego, szybko powiedział: - Az, zostań tam, gdzie jesteś!
- Ale Edo... – jęknęła w odpowiedzi, ale nie poruszyła się więcej.
- I bez takich tych... – mruknął i wstał. Podszedł do szafy, w której zaraz po tym zaczął szukać czegoś odpowiedniego dla Azmarii, czegoś, co łatwo by było założyć i później zdjąć. Jednocześnie próbował nie myśleć o rzeczach, które same, jakby złośliwie, przychodziły mu do głowy.

***


Adelaide spojrzała w zachmurzone niebo i wzdrygnęła się, gdy zawiał jeden z mocniejszych podmuchów wiatru. Przez pięć dni, od kiedy zaczęły się treningi, cały czas była piękna, słoneczna pogoda, którą zapowiadali jeszcze na kilka następnych dni, więc nie założyła na siebie nic ciepłego.
- To chyba pokrzyżuje nam plany... Wracamy. – westchnął Lucyfer i podszedł do Adelaide.
- To tylko deszcz. Nic się przecież nie stanie... – mruknęła w odpowiedzi.
- Przeziębisz się, czego chcę uniknąć. – powiedział stanowczo Lucyfer. Czarnowłosa skrzyżowała ręce na piersi.
- Przestań. To bardziej w stylu Pein’a... – szepnęła, rozglądając się. Płomiennowłosy zacisnął pięści na samo wspomnienie o liderze Akatsuki.
- Nie mam z nim nic wspólnego, rozumiesz? Nic! – warknął i ruszył w kierunku miasta, za którym znajdowało się osiedle z ich wynajmowanym domkiem. Zawsze wpadał w zły humor, kiedy Aide wspominała o rudowłosym
- I wiesz co? To też w jego stylu! – powiedziała, ale mimo wszystko podążyła za demonem.
- Nie wspominaj o nim, dobra? – mruknął pod nosem, wsadzając ręce w kieszenie i wbił wzrok w trawę.
- No dobra, dobra, jakikolwiek masz w tym interes, nie będę o nim wspominała...
- Dzięki. – burknął. Szli tak przez całe miasto, które w gruncie rzeczy nie było wielkie, i zajęło im to 15 minut. Po ponad połowie drogi zaczęło padać, a włosy czarnookiego skwierczały, gdy krople wpadały na płomienie. Odwrócił się za siebie i zobaczył Adelaide, skuloną i trzęsącą się z zimna. – Zimno ci, prawda?
- No c-co ty nie p-powiesz... – wydukała, łypiąc na niego groźnie. Zatrzymał się i bez słowa objął ją ramieniem, przytulając mocno do siebie. Dziewczyna spojrzała na niego ze zdziwieniem i przyłożyła dłonie do policzków. – Jak to zrobiłeś? Już nie jest mi zimno...
- A jak myślisz, jaka temperatura jest w Piekle? – westchnął. – W każdym razie, przepraszam za moje zachowanie. To było głupie.
- Nie ma sprawy. Ty przynajmniej potrafisz przyznać się do winy. – uśmiechnęła się.
- Sugerujesz, że ja nie potrafię, prawda? – usłyszeli nagle, na co oboje, niemal równocześnie, spojrzeli za siebie. Na oko 2 metry od nich stał Pein, jak zwykle obojętny i niewzruszony.
- Czego tu szukasz? – warknął Lucyfer, ale nie odsunął się Adelaide, jakby to kiedyś zrobił.
- To chyba oczywiste, że skoro nie widziałem mojej kobiety jeden cały tydzień to przyjdę chociaż ją odwiedzić, czyż nie? – powiedział beznamiętnie. – Tak więc, czy mógłbym z tobą porozmawiać, Aide?
- Lucyfer, spotkamy się w domu. – szepnęła czarnowłosa.
- On cię cały czas wykorzystuje, nie widzisz tego?! – warknął w miarę cicho, ale Pein nie mógł tego nie usłyszeć.
- Ale chcę usłyszeć, co ma mi do powiedzenia. – powiedziała, zdjęła ze swojego ramienia jego rękę i odeszła w stronę rudowłosego. Demon zaklął w duchu, gdy Pein złapał dziewczynę za nadgarstek i zniknęli w dymie.
- Cholera... cholera... cholera! – krzyknął, na co kilka przechodniów spojrzało się w jego stronę i nie odrywało od niego wzroku jeszcze przez długą chwilę, dopóki nie rozpadł się na tysiące małych, piszczących pająków, które rozbiegły się w różne strony.

***


Ed spojrzał na układającą puzzle Azmarię i po raz kolejny jego myśli zaczęły krążyć wokół niej. Działo się tak od dobrych kilku dni, podczas których miał z nią o wiele więcej niecodziennego kontaktu niż zwykle. Myślał o niej przed zaśnięciem, po obudzeniu, przed posiłkiem, podczas posiłku, po posiłku, rano, popołudniu, wieczorem, krócej ujmując, prawie cały czas. Azmaria zdawała się odzyskiwać pamięć, bardzo powoli, ale przypomniała sobie kilka naprawdę istotnych rzeczy z dzieciństwa, chociaż dotyczyły one tylko jej, Ed’a i Al’a. Nie pamiętała większości scen ze swoją matką, ojcem, siostrą, ani nikim innym. Ograniczało się tylko braci Elric i jej samej. Może to przez to, że najwięcej czasu spędzała właśnie z nimi?
- Mew! Edo znowu zamyślony. – uśmiechnęła się Azmaria i spojrzała na blondyna słodko. – Może chcesz poukładać puzzle z Az? – dodała po chwili i wyszczerzyła zęby. Ed przez chwilę wpatrywał się w jej twarz, rumieniąc się przy tym delikatnie, ale w końcu wstał i usiadł obok białowłosej na podłodze.
- Podzieliłaś kawałki na grupy. Dobre posunięcie. – powiedział Ed i wziął puzzle z jednej sterty, po czym zaczął je układać oddzielnie.
- To dobrze, prawda? – spytała Azmaria, spoglądając na niego z ukosa.
- Pewnie. Pomaga. – uśmiechnął się blondyn, na co uśmiechnęła się i białowłosa. Odłożyła kilka kawałków układanki, przysunęła się do blondyna i przytuliła go.
- Dziękuję, że Ed jest z Az... – szepnęła. Ed odwzajemnił uścisk, obejmując ją wokół talii. – Edo nie zostawi Az?
- Ja cię nigdy nie zostawię. Nie potrafiłbym. – zaśmiał się cicho i pogładził ją po włosach. Przez chwilę wydawało mu się, że w oczach białowłosej jest coś z tej dawnej Az. Zdał sobie jednak sprawę, że to bez znaczenia, bo bez względu na to, jaka Az będzie, nigdy nie przestanie jej kochać. Dokładnie – nigdy.

***


- Więc? Po co przyszedłeś? – spytała Aide, gdy znaleźli się na wzgórzu przy lesie, z którego widać było przedmieścia Akumu. Niebo było całe w chmurach, ale przynajmniej nie wiało i temperatura nie spadała poniżej normy, w przeciwieństwie do nabrzeży Hokkaido.
- Żeby przeprosić. – odparł rudowłosy, zdjął płaszcz, po czym rozłożył go na ziemi i wskazał na niego dłonią. – Chcesz może usiąść? – dodał. Aide kiwnęła głową i usiadła, a Pein obok niej. – Jak mówiłem, chciałbym cię przeprosić. Faktycznie, nie zachowałem się najlepiej i nie dziwię ci się, że się na mnie zdenerwowałaś.
- No to może powiesz mi, dlaczego na widok Lucyfera poczułeś do mnie uraz? – spytała, zakładając ręce na piersi.
- Jestem zazdrosny, to chyba oczywiste. – odpowiedział, z pozoru obojętnie. Adelaide od razu rzuciła mu zdziwione spojrzenie.
- Poważnie? – spytała.
- Jak najbardziej. Każdy byłby zazdrosny o ciebie i tak się składa, że Lucyfer też jest. – mruknął.
- Lucyfer? – zdziwiła się. – Dlaczego on?
- Nie widzisz tego? – odezwał się po chwili.
- Ale czego?
- Zaczął żywić do ciebie uczucie, o którym tak naprawdę nie powinien nawet myśleć. Innymi słowy - zakochał się w tobie.
Na dźwięk samych słów lidera Adelaide odruchowo zaprzeczyła powolnym ruchem głowy.
- Ale on... nie może... – zaczęła cicho.
- Jak widać może. – przerwał jej rudowłosy. – Mam nadzieję, że przez to nie zachciało ci się teraz do niego iść i rzucić mu się w ramiona.
- Chyba żartujesz. Nie potrafię myśleć o związku z kimś innym niż ty. To dla mnie zbyt... dziwne. – westchnęła.
- To dobrze. W innym wypadku moje już-nie-takie-twarde serce stałoby się nie do skruszenia nawet przez wybuch bomby atomowej, czy co tam wolisz.
Adelaide spojrzała na Pein’a, dla którego ewidentnie mówienie niektórych rzeczy sprawiało niemałą trudność, od zawsze zresztą.
- Dziękuję, Pein. – szepnęła naprawdę cicho i przybliżyła się do niego. – Dziękuję... – po tych słowach wzięła jego twarz w dłonie i pocałowała namiętnie, zamykając oczy. Nie minęła chwila, nim z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu.

***


- Układaj dalej, ja otworzę. – powiedział Ed, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi i wstał. Odszedł w stronę przedpokoju, zostawiając układającą puzzle Az, oglądając się za nią jeszcze. W końcu dotarł do drzwi, które bez zastanowienia otworzył.
- No, no, no... Edward Elric, dawno się nie widzieliśmy. – warknął Envy, zakładając rękę na biodro. – Tak się składa, że nie przyszedłem tu po ciebie, czy do ciebie, ale do Azmarii.
- Wybacz, ale nie porozmawiasz sobie z nią. – odparł blondyn stanowczo.
- Nie ty o tym decydujesz. – mruknął, ale gdy chciał wyminąć alchemika i wejść do środka domu, ten odepchnął go mocno. – Jak śmiesz!
- Az nie może z tobą rozmawiać. Prawdopodobnie nawet by cię nie poznała. – powiedział Ed. Envy spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Co masz na myśli? – spytał podejrzliwie, o wiele łagodniej niż wcześniej. Ed zawahał się przez chwilę, zastanawiając się, czy przez przypadek nie wyjawi homunkulusowi informacji, o których lepiej mu nie mówić.
- Straciła pamięć. – odpowiedział. Mina zielonowłosego świadczyła o tym, że jest jeszcze bardziej zaskoczony.
- Jakim cudem? – syknął po chwili, znowu się krzywiąc.
- Kamień... – mruknął niepewnie Ed.
- A więc go użyła. No, miała prawo. Ale nadal widzę twoje protezy. Do czego więc go wykorzystała? – uśmiechnął się złośliwie homunkulus.
- Nie twoja sprawa. A teraz idź. – blondyn już chciał zamknąć drzwi, ale Envy przytrzymał je gwałtownie ręką.
- Niech ci będzie. Tym razem odejdę... ale wrócę tu jutro i sprawdzę, czy przypadkiem czegoś nie ukrywacie. – warknął, odwrócił się na pięcie i zwyczajnie odszedł.
komentarze [0]

"Chyba mamy problem..." >> poniedziałek, 19 maja 2008 20:10:39
Cóż powiedzieć? Dedykacja dla Sziny! A co do fanfic'a, cóż... nie wyszedł, jak zwykle? xD. Ale nieważne, Szin oceni! No, to miłego czytania...?


_________________________________



Ed rozejrzał się po niemal pustej łące, ale od razu dostrzegł zarys siedzącej postaci, w stronę której od razu się skierował.
- Braciszku, czy to ty? – usłyszał nagle i zamarł w bezruchu. Czy to w ogóle możliwe? To był głos jego nieżyjącego brata! Albo mu się zdawało, albo... – Halo! Jeśli jesteś Ed’em to odpowiedz!
- Alphonse, to ty?! – krzyknął i podbiegł do postaci. Gdy był bliżej, nie miał już wątpliwości – przed nim siedział jego własny brat, za którym tak tęsknił. Skoro żył, oznaczało to, że został wskrzeszony, a do wskrzeszenia potrzebny był... Kamień Filozoficzny.
- Bracie, to naprawdę ty...! – wydusił z siebie Al, poderwał się z miejsca, po czym przytulił blondyna odruchowo.
- Al... – szepnął Ed i uśmiechnął się. Po chwili jednak jego mina spoważniała. – Nie widziałeś tu kogoś jeszcze?
- Nie rozglądałem się jeszcze... usłyszałem twoje kroki i szelest trawy, dopiero po tym się obudziłem.
- W takim razie ona może tutaj być... – mruknął do siebie i rozejrzał się szybko.
Nie minęło sporo czasu, nim zobaczył dobrze wgłębienie w trawie i coś białego, co właściwie mogło być włosami Az. Gdy podszedł bliżej, mógł stwierdzić, że to Azmaria – widział ją doskonale, nawet jeśli było ciemno to oświetlało ją światło księżyca. Była nieprzytomna. Blondyn podniósł ją i oparł ręce na jej ramionach.
- Az! Obudź się! – krzyknął, potrząsając nieprzytomną dziewczyną, ale ta latała bezwładnie w jedną i drugą stronę, a jej włosy w połowie opadły na twarz. – Az, proszę... – jęknął blondyn, a jego oczy szybko stały się zaszklone. Dopiero po chwili sprawdził puls białowłosej, który właściwie był normalny, co go trochę uspokoiło.
- Wszystko z nią w porządku? – spytał Al, spoglądając na Azmarię zza ramienia swojego brata. Ed pokręcił niechętnie głową i wstał, z białowłosą na rękach.
- Nie jestem pewien, ale nie wygląda to tak źle... oby nic się jej nie stało. Oby... – westchnął i ruszył w kierunku domu dziewczyny. – Mówiłem, żeby tego nie robiła... ale teraz jestem jej ogromnie wdzięczny, że jednak się na to zdecydowała.
Alphonse uśmiechnął się.
- Ja też się cieszę, bardzo, bracie! Nie wiem jak jej dziękować... – szepnął z entuzjazmem, po czym spoważniał i westchnął. – Mam nadzieję, że cena, jaką zapłaciła, nie jest taka wielka... wiesz jak to z równowartą wymianą...
- Póki co musimy się nią zająć. Wszystkiego dowiemy się, jak już się obudzi. – powiedział Ed, a w jego głowie szybko przesunął się obraz płaczącej Azmarii, gdy kłócili się kilka dni temu. Wziął głęboki oddech i po raz kolejny mruknął do siebie – Oby nic jej się nie stało...

***


- Siadaj. – mruknął Lucyfer i skinął w stronę fotela. Adelaide była przyzwyczajona do rozkazów, więc bez jakichkolwiek sprzeciwów usiadła we wskazanym miejscu. Demon stanął metr przed nią i zaczął:
- Przede wszystkim, jeśli mam cię czegokolwiek nauczyć, musisz się coś o tych swoich „Cieniach” dowiedzieć. Może cię to trochę zdziwić, ale „Cieni” nie należy określać w liczbie mnogiej. Trudno określić czym „Cień” tak naprawdę jest, ale przyjęto, że to umiejętność i my, demony, zaliczamy ją do jedną z najpotężniejszych i najtrudniejszych do opanowania. W Piekle ten, kto ją posiada najczęściej się jej pozbywa, tym samym unikając wszelkich zagrożeń z tym związanych. Oznacza to, że skoro ty ją posiadasz, znajdujesz się w ogromnym niebezpieczeństwie i właśnie dlatego jestem twoim, powiedzmy, stróżem.
- Zaczekaj. – przerwała mu Adelaide i pokręciła znacząco głową. – Przecież to zupełnie nie zgadza się z tym, co do tej pory o Cieniach wiedziałam. Jednym okiem widzę ich świat, w którym normalnie żyją i przenoszę je do naszego. Tak właśnie je kontroluję.
- To twoja wyobraźnia. Po raz pierwszy Cień ukazał ci się w formie małych, krzywych stworzeń, bo tak się akurat trafiło, a ty przyjęłaś to do świadomości i od tego zależały twoje dalsze wnioski na jego temat.
Aide rozłożyła się odruchowo w fotelu, jeden z łokci opierając o oparcie, a jej mina świadczyła o tym, że jest trochę zagubiona. Lucyfer przewrócił oczami i zgarbił się, dłonie wkładając w kieszenie spodni.
- Cień to energia, esencja, czy jak tam chcesz to nazwać, która potrafi przemienić się w niemal wszystko, ale bez zmiany swojej, no, konsystencji. Boisz się go i nie potrafisz sobie z nim poradzić, więc nie ma najmniejszych problemów z przejęciem nad tobą kontroli.
- Ale wtedy staję się potworem, to znaczy, Cień mnie oplątuje, tracę przytomność...
- I Cień robi, co tylko zechce. Wiem, bo zawsze to się powtarza – zabija i niszczy. Nic więcej, bo na niczym innym mu nie zależy. W końcu powstał w Piekle, więc czego się spodziewać? Dobrych intencji nigdy mieć nie będzie.
- A jakie niebezpieczeństwo mi grozi?
Lucyfer zaśmiał się lekko ironicznie i wyjął papierosa z zapalniczką. Zapalił, schował zapalniczkę i ponownie wsadził dłonie w kieszenie. Aide posłała mu pogardliwe spojrzenie, założyła ręce na piersi i przełożyła nogę przez nogę.
- Waniliowe, może chcesz? – spytał, wydmuchując dym nosem, ale Aide wzruszyła ramionami z obrażoną miną. – Nie to nie. – odparł demon niewyraźnie. – W każdym razie, co do zagrożenia... Demony pozbywają się Cienia, bo nie potrafią nad nim dobrze panować, a ponieważ ludzie są śmiertelni, to właśnie na nich Cień przechodzi. Na dodatek, ci „wybrańcy” szybko giną, bo albo ich psychika sobie nie radzi, albo Cień niszczy ich od środka. Warto dodać, że jeśli są słabi, Cień na wiele im się nie przyda.
- Chcesz powiedzieć, że mnie też czeka taka śmierć? – spytała Adelaide, co zabrzmiało wyjątkowo nieprzyjemnie.
- Kiedy cię wskrzesili, a ja cię potem ochraniałem, miałem inny cel. Teraz się trochę zmienił... ale nie, nic ci nie grozi, przynajmniej przy mnie. Co prawda, może uda ci się przejąć inicjatywę i zapanować nad Cieniem... – westchnął. – Nieważne. Coś jeszcze chcesz wiedzieć?
- A czy jest coś jeszcze, co powinnam wiedzieć? – spytała beznamiętnie. Lucyfer wyjął papierosa z ust, wydmuchał dym, po czym powiedział:
- Właściwie to jest. Tak jak mówiłem, są też inni ludzie, którzy potrafią panować nad Cieniem. Gdybyś go zabiła, Cień stałby się spokojniejszy, a zarazem silniejszy... więc ci ludzie szukają siebie nawzajem, żeby się później zabić. To jest jeszcze jedno zagrożenie, na które jesteś narażona.
- I to już wszystko?
- Nie, jeszcze nie. Są też inni ludzie, którzy zabijają tych, którzy potrafią kontrolować Cień. Tacy ludzie to Hunterzy czyli Myśliwi. Z ich strony też możesz się czegoś spodziewać. Masz jednak szczęście, że jesteś w Akatsuki... waszą kryjówkę trudno namierzyć, jeśli w ogóle się da, więc jest szansa, że tam będziesz zupełnie bezpieczna. Poza tym, jeśli w danym miejscu jest coś o wiele, wiele silniejszego niż osoba z umiejętnością Cienia, uniemożliwia to jej namierzenie. Mam tu na myśli, hm, wręcz gigantyczną różnicę sił. W twoim przypadku, od ciebie silniejszy jestem ja... i Pein, szczerze mówiąc.
- Czyli on jest ode mnie „o wiele, wiele” silniejszy... no tak, można było się tego spodziewać. – mruknęła Aide, raczej do siebie, ale Lucyfer rzucił jej posępne spojrzenie.
- I to tyle. Jak coś sobie przypomnę, to ci powiem. A teraz możesz iść się rozpakować, wyszykować, czy cokolwiek, bo niedługo zaczynamy pierwszy trening. – podszedł do najbliższej kanapy i położył się na niej, ręce układając za głową. – Ja w międzyczasie sobie odpocznę.

***


- Ed! Obudziła się! – krzyknął Alphonse, wyglądając przez framugę drzwi do dużego pokoju. Ed szybko poderwał się z kanapy, rzucając przy tym gazety, które przed chwilą segregował, i pobiegł do pokoju obok. Białowłosa siedziała na łóżku z otwartymi szeroko oczyma i rozglądała się, poruszając głową szybkimi ruchami.
- Az, wszystko w porządku? – spytał niepewnie blondyn, siadając obok białowłosej. Ta spojrzała na niego z ciekawością i przechyliła głowę lekko na bok. Siedzieli tak w milczeniu przez kilka chwil. – Az...?
- Az? – powtórzyła dziewczyna i wbiła wzrok w podłogę.
Ed rzucił znaczące spojrzenie swojemu bratu.
- No? Wszystko z tobą w porządku? – spytał raz jeszcze, na co dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
- Mew! – szepnęła mu na ucho, ale zadrżała, gdy ramieniem dotknęła stalowej protezy chłopaka. Odsunęła się od niego z przerażeniem aż pod ścianę.
- Co z tobą? – zdziwił się alchemik i po raz kolejny spojrzał na brata. Al wyglądał na nieco zmieszanego, ale usiadł na łóżku i mruknął:
- Może to zapłata za wymianę...?
- Co masz na myśli? – zdziwił się Ed.
- Wygląda na to, ze Az straciła pamięć. Przecież nigdy by się tak nie zachowała, prawda?
Blondyn rzucił wzrokiem na białowłosą, która szybko straciła zainteresowanie braćmi i zaczęła bawić się poduszką, obracając ją rogami. W jej oczach nie było tego samego blasku jak kiedyś, był inny, bardziej niewinny.
- Azmario. – powiedział alchemik, ponownie zwracając się do dziewczyny. Ta przez chwilę nie reagowała, ale dopiero po chwili rozejrzała się i wreszcie spojrzała na Ed’a, wskazując jednocześnie palcem na siebie.
- Az... mario? – szepnęła, po raz kolejny przechylając głowę na bok. – Mew! – pisnęła, przysunęła się do starszego z braci i objęła go od tyłu wokół szyi, tym samym przyduszając mocno.
- Hej, Az, poczekaj! – odezwał się Al i odciągnął dziewczynę od swojego brata, który z bólem przyłożył dłoń do szyi.
- Chyba mamy problem... – wymamrotał ochryple Ed i westchnął, na co Al kiwnął głową. Azmaria spojrzała na twarze obu braci, uśmiechnęła się słodko i krzyknęła:
- Mew!
komentarze [0]

"Nienawidzę cię, wiesz?! NIENAWIDZĘ!" >> środa, 14 maja 2008 21:46:55
Adelaide padła na łóżko, zamknęła oczy i westchnęła głęboko. Serce waliło jej jak oszalałe, nie tylko przez ciemność panującą w pokoju, ale i wściekłość, która gotowała się w niej jak nigdy dotąd. Cienie pozwalały jej na wiele rzeczy, jak na przykład przenoszenie z jednego miejsca do drugiego, przemianę w ogromnego potwora, czy zabijanie w ciągu sekundy w dowolnie wybrany sposób. Panowały nad wszystkim, dosłownie, nawet nad swoją „właścicielką”, która powoli przestawała nią być. To Cień stał się jej właścicielem. A wszystko przez to, że nie potrafiła go kontrolować.
Odruchowo zapaliła lampkę, a cały Cień jaki zdążył wydostać się ze swojego świata podczas tej minuty ciemności zniknął, rozchodząc się po podłodze. Podniosła się i otworzyła oczy, ale to co zobaczyła sprawiło, że szybko cofnęła się po łóżku aż do jego końca.
- Co ty...? – spytała z niedowierzaniem, wbijając wzrok w Lucyfera, który stał prostu przy jej łóżku. Jego twarz była całkowicie przyciemniona, ale dało się zobaczyć czarne oczy, które odbijały światło lampki.
- Nie stęskniłaś się zbytnio. – mruknął bez zadowolenia i rozejrzał się. – Myślałem, że coś tu zmienisz. Nie było mnie ponad 3 tygodnie...
- Wróciłeś? Po co? – spytała, o wiele spokojniej niż przed chwilą, ale nie mogła ukryć zdziwienia w swoim głosie.
- Żeby ci powiedzieć, że stanowisz zagrożenie sama dla siebie. A tak naprawdę, to ktoś musi cię nauczyć panować nad Cieniami, co nie? – warknął, siadając na łóżku i położył się na plecach, ręce kładąc za głową. – Pein ci tego nie zapewni, o ochronie nie wspominając. Ten gość ma zbyt wielkie mniemanie o sobie...
- Przestań! – przerwała mu ze złością i odetchnęła. – Czyli zostaniesz na dłużej?
- Powiedzmy... – mruknął, przewracając oczami. Aide uśmiechnęła się, raczej do siebie, po czym przybliżyła się do demona, położyła się obok niego i przytuliła go.
- To dobrze. Brakowało mi ciebie. – szepnęła, zamykając oczy. – Pein co prawda nie podzielał moich myśli, ale on jest przecież liderem i choćby chciał, nie może poświęcać mi całej uwagi. Zresztą, nie zależy mi na tym, nie mogę go sobie wyobrazić w twojej roli. – dodała z uśmiechem. Lucyfer westchnął głęboko, objął ją jedną ręką wokół ramion i mruknął:
- The same old song is playing again...

***


Azmaria przestała ściskać w rękach rękawy swojej sukienki, gdy samochód zatrzymał się na końcu ślicznej zielonej alei. Szofer otworzył drzwi po jej stronie, a Ed wysiadł z drugiej i rozejrzał się. Chwilę później oboje stali obok siebie na chodniku, patrząc za odjeżdżającą limuzyną.
- Nie wiedziałam, że Alchemicy mają takie pojazdy... – mruknęła Azmaria, ruszając w końcu w przeciwną stronę.
- Ja też. Ale warto się dowiedzieć. – uśmiechnął się blondyn i objął dziewczynę ramieniem. Ta lekko zadrżała, skuliła się, ale również objęła go wokół pasa. – Az, coś jest nie tak, widzę to... powiesz mi wreszcie, czy mam się domyślać? – spytał po chwili alchemik, wpatrując się w niebo. Białowłosa westchnęła cicho i pokręciła głową.
- Musi ci się wydawać... – szepnęła, ale zaraz po tym na jej twarzy pojawił się uśmiech, chociaż nie był on prawdziwy, tylko ona o tym wiedziała. – Nie martw się. Wszystko jest w porządku. Prawie... – dodała, z każdym słowem coraz ciszej.
- Prawie? Az...
- Edo, przestań już. – westchnęła.
- No dobra... – poddał się blondyn, spoglądając na nią z ukosa. Nie mógł się nią nacieszyć od kiedy do niego wróciła, a raczej, od kiedy zobaczył ją po dłuższej przerwie. Przecież mówiła, że zostawiła go tylko dlatego, żeby jej nie szukał. Miał nadzieję, że tak jest, więc wierzył w słowa swojej dziewczyny.
- Edo. – odezwała się nagle i przygryzła wargę, ale tylko chwilowo. – Gdybyś miał możliwość by wskrzesić swojego brata, albo odzyskać swoje ciało, zrobiłbyś to...?
- A dlaczego pytasz? – zdziwił się.
- Odpowiedz.
- No nie wiem... musiałbym użyć Kamienia, a to jest wbrew moim zasadom.
Azmaria kiwnęła głową, a jej twarz stała się bezwyrazowa i obojętna. Wpatrywała się przed siebie, jakby nad czymś myślała i tak też pewnie było.
- To chyba on. – powiedziała w końcu i skinęła przed siebie.
- Kto? – spytał Ed, ale zaraz zorientował się, że przed nimi idzie mężczyzna w garniturze z irokezem na głowie. Idealne połączenie, ironicznie mówiąc. – A, on. To idziemy za nim.
Azmaria bez słowa kiwnęła głową i zaczęli podążać za swoją przyszłą ofiarą.

***


- Edo, łap go! – krzyknęła Azmaria, padając na kolana. Cały jej brzuch krwawił, ona sama się dławiła, a krew spływała po jej ramionach. Dziś walczyła inaczej niż zwykle, ale udało jej się uciąć rękę temu facetowi, choć nie było to łatwe.
- Ale Az, ty... – zaczął, ale dziewczyna gwałtownie mu przerwała:
- ŁAP GO! Nie spieprz tego!
Blondyn kiwnął głową i rzucił się w pogoń za mężczyzną, który uciekał przed siebie, jak najdalej od swoich katów, ludzi, którzy chcieli go skrzywdzić. Skrzywdzić go, tak samo, jak on krzywdził innych przez dwa ostatnie lata.
Ed klasnął i przyłożył rękę do muru, obok którego oboje biegli. Ogromne igły wybiły się z niego i trafiły mężczyznę prosto pod jego nogi sprawiając, że się przewrócił. Blondyn powtórzył ruch, ale tym razem położył ręce na ziemi, z której również wyłoniły się te same igły. Niestety, mężczyzna zamiast podnieść się i uciec, ponownie upadł popchnięty przez jeden z kolców, ale tym razem wprost na ogromną, ostrą igłę, która przebiła go na wylot. Zaraz później, podziurawiły go kolejne kolce wybijające się z podłoża.
Ed podniósł się, ale nie widział faceta, gdyż zasłaniały mu wyrośnięte igły. Podszedł bliżej, rozglądając się, aż w końcu stanął w miejscu i zaniemówił. Zmasakrowane ciało dwudziestolatka leżało bezwładnie, całe podziurawione, a jego głowa upadła na bok, w połowie odcięta od szyi.
Na gałęzi drzewa obok usiadły dwa czarne gawrony i wbiły swoje czarne ślepia w jasnowłosego chłopaka; zagrzmiało i zaraz później zaczął padać deszcz, ograniczając widoczność do minimum.

***


- Ed, przestań, ty tego nie zrobiłeś... znaczy, nie specjalnie... – powiedziała Azmaria, kładąc rękę na ramieniu Ed’a. Cała w bandażach wyglądała trochę przerażająco, ale wciąż była tą samą Azmarią, którą Elric kochał. Pokręcił głową i ponownie ją spuścił.
- Nie widziałem go, było ciemno... Ale ja go zabiłem. To ja go zabiłem, mimo iż niechcący, powinienem ponieść za to konsekwencje. – szepnął bezbarwnie zduszonym głosem.
- Ed! Żadnych konsekwencji! I tak mieliśmy go zabić...
- Nie, nie mieliśmy! Jeśli już to ty, ja nie zabijam ludzi!
Wstał, tym samym zrzucając z siebie ręce Azmarii i odszedł w stronę wyjścia z Centrali.

***


- Czyli w Piekle wszystko w porządku? – spytała Adelaide, siadając „po turecku” na łóżku. Jej, teraz już, dwukolorowe oczy podążały za jeżdżącym po pokoju na krześle z kółkami Lucyferem. Demon zatrzymał się, po czym położył ręce za głową i wyciągnął się, wyginając oparcie krzesła niebezpiecznie mocno.
- W zasadzie to tak, Ookamu po prostu zaszalał... I nawet się stawiał, ale po prostu zapomniał, że to ja jestem Władcą Piekieł, a nie on. Cóż, zdarza się i tak. – westchnął, wyciągając nogi przed siebie.
- Mam nadzieję, że kiedyś opowiesz mi o tym Ookamu... – powiedziała cicho Aide, na co Lucyfer zerknął na nią z dziwnym wyrazem twarzy.
- Po co? – spytał.
- Nie wiem, tak po prostu. – dziewczyna wzruszyła ramionami.
- No to może kiedyś... – mruknął, a zaraz po tym otworzyły się drzwi.
- Adelaide, czas na misję. – powiedział Pein chłodno, ale zanim zdążył cokolwiek dodać, dostrzegł Lucyfera. – Zapomnij, że cokolwiek mówiłem. Idę sam. – warknął po chwili i trzasnął za sobą drzwiami. Czarnowłosa spojrzała ze zdziwieniem na demona, a potem na drzwi, po czym poderwała się z miejsca, zeskoczyła z łóżka i wybiegła za liderem.
- Tak... nie zmieniła się... – mruknął do siebie Lucyfer i zaczął kręcić się na krześle.

***


- Pein, co ty sobie myślisz?! – zawołała Aide, biegnąc za liderem. – Cholera, czekaj!
- Czego chcesz? – warknął rudowłosy, zatrzymując się, a dziewczyna wpadła na jego plecy, co wyraźnie mu się nie spodobało.
- Co ty tak nagle wyszedłeś? Czy to przez Lucyfera? – spytała, zaciskając pięści. W jej głosie dało się wyczuć poirytowanie, a jej mina potwierdzała tylko fakt, że była zdenerwowana.
- Zgadnij. – syknął.
- Nie mów do mnie takim tonem. – szepnęła zduszonym głosem i obeszła go, by stanąć przed nim. – Lucyfer ma mnie tylko chronić...
- Wiem, on ci w zupełności wystarcza. A to nawet lepiej, będę miał więcej czasu na pracę. – warknął, odepchnął ją ręką i szybkim krokiem odszedł w stronę wyjścia.
- Pein, wracaj, nie skończyłam! – krzyknęła Aide nerwowo , ale nic to nie dało, lider nie zatrzymał się. – Nienawidzę cię, wiesz?! NIENAWIDZĘ! – wrzasnęła, łypnęła na niego ostatni raz i szybko skierowała się w stronę swojego pokoju. Nie zauważyła, że Pein stanął w miejscu i spojrzał za nią. I tak nie chciałaby tego zobaczyć.

***


Azmaria padła na łóżko i zamknęła oczy. Ed wrócił do siebie, a to oznaczało, że jest naprawdę zdołowany i chce pobyć sam. Ale jego zły humor przeszedł i na Azmarię – cały wieczór nic nie jadła, nie odezwała się do nikogo, a na dodatek miała masę spraw do przemyślenia. Ma Kamień, ale co dalej? Chciała go oddać Ed’owi, ale ten wyraźnie powiedział jej, że go nie chce. To znaczy, prawie wyraźnie, bo nie powiedziała mu, że go dostała. To by go tylko zdenerwowało.
Kiedy otworzyła oczy, widziała jasny, czerwony blask wydobywający się z małego opakowania, które leżało na półce. To było coś, czego szuka niemała część ludzi. A ona to miała, tylko nie wiedziała, co z tym zrobić...
komentarze [0]

"Każdy musi coś i kogoś poświęcić. I najczęściej są to bliscy; najpierw będziesz ich bronić, a później... zginą, jak za każdym razem." >> niedziela, 11 maja 2008 21:45:12
- Tym razem odegrasz rolę przynęty. – powiedział Pein zatrzymując się przy drzewach odgradzających las od ulicy. Odwrócił się za siebie, szukając wzrokiem Adelaide. – Gotowa? – spytał po chwili, przyglądając się czarnowłosej, która próbowała zdjąć z siebie ciemnofioletowy płaszcz.
- Tak... Moment... – mruknęła i zatrzymała się. Szarpnęła mocno rękoma i po chwili dało się słyszeć odgłos rozrywanego materiału; płaszcz w dwóch częściach osunął się na ziemię. – Nigdy go nie lubiłam... – dodała, widząc lekko zdziwione spojrzenie lidera. Podeszła do niego i stanęła obok, wyglądając lekko zza drzew, a jednocześnie poprawiając swoją nową, jak zwykle w czarnym kolorze, sukienkę.
- Od kilku dni te całe homunkulusy kręcą się tutaj. Jeśli cię zauważą, to na pewno zaatakują. Jestem przekonany, że sama też dałabyś im radę, ale mimo wszystko nie zamierzam ryzykować, więc to ja będę z nimi walczył. Także twoje zadanie to po prostu łażenie po mieście, to wszystko. – powiedział beznamiętnie, rozglądając się po ulicy.
- Czyli mnie nic tak naprawdę nie grozi? Wiesz, nie za bardzo spieszy mi się do śmierci, zważając na to, że już raz mi się to zdarzyło...
- Spokojnie, będę cię obserwował. Nawet jeśli jakiś pijak cię zaczepi to możesz być pewna, że wyrwę mu serce, a ciało rzucę na najbliższą wystawę sklepową. – przerwał jej nieco chłodniejszym tonem i westchnął, spoglądając na nią. – Aide, o siebie nie musisz się martwić. Ja to robię za ciebie.
- Dobrze. Tylko, zanim ich zaatakujesz, daj mi chociaż... nie wiem, po prostu coś zrobić. Potrafię walczyć, potrafię zabijać. Zresztą, wiesz o tym.
- Zastanowię się, ale jak ich spotkasz to atakuj. Nic ci nie zrobią, jeśli ja będę w pobliżu. – rzucił śpiesznie, rozejrzał się i gwałtownie przyciągnął Adelaide do siebie, po czym pocałował ją namiętnie. Po dłuższej chwili odstawił czarnowłosą na bok i mruknął, nie patrząc na nią: - Lepiej idź, zanim... – przerwał nagle, z ledwo słyszalnym wahaniem w głosie. – Po prostu idź. Spotkamy się podczas walki.
Aide kiwnęła głową i bez słowa, nie oglądając się za siebie wyszła na ulicę. Pein obserwował ją do momentu, w którym zniknęła za budynkami, a jego twarz jak zwykle nie okazywała żadnych emocji. Dopiero wtedy złączył ręce i zniknął w chmurze dymu.

***


Azmaria z zaskoczeniem wbiła wzrok w Envy’ego.
- No? Co tak milczysz? Chyba nie zamierzasz się przeciwstawiać Ojcowi? – mruknął podejrzliwie, opierając się o framugę drzwi. Mimo to dziewczyna nie odpowiadała, nawet nie odpyskowała zielonowłosemu, jak to miała w zwyczaju, tylko wpatrywała się w niego zamglonym wzrokiem. – Przestań się na mnie gapić! – warknął w końcu Envy, krzywiąc się nieprzyjemnie.
- A bo co? – otrząsnęła się nagle i westchnęła głęboko. – Nie mogę tego zrobić. Nie mieszajcie mnie w wojnę z Akatsuki. – dodała po chwili smętnie.
- Masz wykonać rozkazy Ojca, to znaczy, zdobyć jak najwięcej informacji o Akatsuki. Jak mówiłem, ile ma członków, jakimi umiejętnościami dysponują, jaki jest ich słaby punkt i gdzie jest ich kryjówka. Wszystko, co tylko zdołasz. – mruknął Envy od niechcenia i teatralnie przewrócił oczami.
- Wysyłacie mnie na śmierć, której ja doświadczyć nie chcę! – krzyknęła, wstając. – Załatwcie mi coś innego, albo na nic się nie przydam.
- Nie masz wyboru.
- Odmawiam współpracy.
Envy wyprostował się i łypnął na nią spode łba.
- Za kogo ty się uważasz, co? Nie myśl sobie, że możesz wybierać. Nie bez powodu nazywają homunkulusy bezdusznymi. – syknął nienawistnie, wbijając pełen obrzydzenia wzrok w białowłosą. – Każdy musi coś i kogoś poświęcić. I najczęściej są to bliscy; najpierw będziesz ich bronić, a później... zginą, jak za każdym razem. I nigdy nie jest inaczej.
- Nie mów tak do mnie. – szepnęła zduszonym głosem, również spoglądając na niego złowrogo.
- Dostałaś rozkazy, które masz wykonać. Nie wiem nawet, po co tu teraz jestem, skoro już ci je dostarczyłem. Idę stąd. – warknął, machnął ręką olewająco i wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami. Azmaria wpatrywała się w miejsce, w którym zniknął jeszcze przez kilka chwil, aż w końcu ze zrezygnowaniem opadła na krzesło i położyła głowę na blacie stołu. To wszystko było dla niej za wiele, za wiele jak na „zwyczajną” nastolatkę, którą powinna być.

***


- Az, co ty taka smutna? – spytał Ed, siadając obok dziewczyny na kanapie i objął ją ramieniem.
- Nie jestem smutna. – odparła dziwnym, bezbarwnym głosem, wpatrując się przed siebie. Blondyn westchnął i mruknął ze zrezygnowaniem:
- Przecież widzę, że jesteś. Co się stało?
Białowłosa przez dłuższą chwilę nie odpowiadała, nie odrywając wzroku od ściany, ale w końcu spojrzała na alchemika.
- Znowu homunkulusy. Dali mi jakieś cholerne zadanie... Zresztą, nieważne. – machnęła ręką i wstała. – Chcesz coś do jedzenia? – spytała, jak gdyby nigdy nic i skierowała się do kuchni.
- Nie... dzięki. – odparł lekko zdezorientowany Ed, wstał i odszedł do salonu, oglądając się jeszcze raz w stronę swojej dziewczyny.

***


Stojąc na gmachu muzeum, Lust podążała wzrokiem za czarnowłosą Adelaide, która kręciła się po sklepach, w każdym siedząc przez co najmniej piętnaście minut. Nagle usłyszała głuchy trzask i zaraz po tym dobrze znany głos:
- Wątpię, żeby Azmaria na coś nam się przydała. No, jak, co z tą dziewczyną?
- Po prostu łazi po sklepach. To nudne. – odparła homunkuluska ze znudzeniem.
- Taa... Nudne. – powtórzył za nią zielonowłosy i stanął obok. – Kiedy atakujemy?
- Chyba wtedy, kiedy wyjdzie poza zasięg ludzi. Chociaż nie jestem pewna, to może być pułapka...
- Jaka tam pułapka! Dziewczynie się zakupów zachciało! – przerwał jej ironicznie Envy i odwrócił się. – Wiesz, co robić. Póki co obserwuj – po tych słowach skoczył na dach następnego domu i zniknął w mroku nocy.

***


Adelaide szła przed siebie, oglądając barwne wystawy, przepełnione luksusem lub tandetą. Nie miała ochoty przeglądać tych wszystkich sklepów, to po pierwsze, a po drugie czuła się coraz bardziej zmęczona ciągłym chodzeniem. Jeśli homunkulusy się nie pojawią, cały plan szlag trafi, Pein będzie niezadowolony, problem nie zniknie... a ją i tak będą bolały nogi. Wysiłek mógłby się chociaż nie zmarnować.
Przeszła na sam koniec długiej ulicy i skręciła w boczną drogę prowadzącą w stronę lasu. Zbliżała się dziesiąta w nocy, więc wszędzie było pusto. Nagle usłyszała alarm samochodu, odbijający się echem po ścianach bloków, a potem drugi, trzeci i czwarty; ze znudzeniem odwróciła się i odruchowo stanęła w miejscu. Tam, gdzie jeszcze niecałą minutę temu była, stała homunkuluska, którą Aide całkiem dobrze poznawała – Lust. Mimo to ruszyła dalej, wzrok znów kierując przed siebie, ale gdy dostrzegła stojącego na oko 100 metrów od siebie drugiego homunkulusa, ponownie się zatrzymała.
- No nareszcie! A już myślałem, że nigdy nie przestaniesz chodzić po tych sklepach. – zaśmiał się Envy, zakładając rękę na biodrze.
Czerwonooka rozejrzała się wokoło i z goryczą stwierdziła, że jedyna droga ucieczki prowadzi do góry, a to oznacza, że będzie musiała użyć cieni. Dawno tego nie robiła, więc miała wiele wątpliwości. „Pein pewnie tu jest i czeka, aż wykonam ruch... bo przecież muszę coś zrobić, jestem w Akatsuki!” – pomyślała, zaciskając pięści.
- Darujcie sobie. Nie mam teraz czasu. – odparła beznamiętnie i ruszyła przed siebie. Czuła, jak Cień rozbudza się w jej ciele, w psychice i pochłania gwałtownie, jednak wciąż nie do końca; zaczęła boleć ją głowa do tego stopnia, że ledwo utrzymywała równowagę.
- Spokojnie... zaraz będziesz miała go aż nadto. Na tamtym świecie będziesz się lenić całą wieczność, a nawet więcej. – mruknął zielonowłosy i szybkim ruchem skoczył w jej stronę, ale zanim zdążył się do niej zbliżyć, Aide skoczyła i odbiła się nogami od jego ciała. Dziewczyna odskoczyła na bok i złapała się za głowę, kuląc się, chodząc w kółko. Ból stawał się nie do zniesienia, na dodatek to był dopiero początek. Nim zdążyła cokolwiek zrobić, poczuła coś cienkiego i ostrego, jak wbija się w jej ramię.
- Z nami nie wygrasz. – usłyszała kobiecy głos zza siebie. To była Lust. I nagle ból ustał, zrobiło jej się ciemno przed oczami, a jedyne, co zdołała zapamiętać to czarny cień pochłaniający ją całą i wszystko wokoło.
komentarze [0]

"Oby nic jej się nie stało..." >> piątek, 25 kwietnia 2008 23:28:03
- Nawet po śmierci jest idiotką. – mruknął Pein, idąc szybko przed siebie, prosto w stronę najbliższego, ale i dużego miasta. Czytał świstek papieru, który wręczyła mu Arielle, jednocześnie trzymając za rękę Adelaide.
- To znaczy? – spytała Aide, bardziej koncentrując uwagę na tym, by się nie potknąć niż na słowach.
- Mogła dać gotówkę... Przecież nie pójdę do banku i nie wezmę dwóch worków pieniędzy od tak sobie. – lider zwinął kartkę w rulon i wsadził ją do kieszeni. – Dlatego ja wezmę część i ty część, a po resztę przyjdziemy za jakiś czas. Nie powinni się domyślić, że Arielle nie żyje, bo Zetsu pozbył się ciała dosyć skutecznie. – uśmiechnął się pod nosem nieprzyjemnie, po czym nagle stanął w miejscu. Złożył ręce, a po chwili na jego miejscu stał podobny, lecz trochę niższy i bardziej przeciętny mężczyzna w garniturze. – 15, może 20 minut i jestem z powrotem. – po tych słowach zniknął, pozostawiając za sobą sporą ilość szarego dymu.
Aide westchnęła, rozejrzała się, a gdy spostrzegła niewielki pień całkiem blisko siebie, podeszła i usiadła na nim. Nie minęła chwila, nim Lucyfer wyskoczył z czarnej dziury, która nagle pojawiła się w powietrzu, i usiadł na ziemi obok czarnowłosej.
- Ja bym mu nie wybaczył. – mruknął pod nosem, krzyżując ręce na piersi. – Ba, taki gość to by jeszcze dostał ode mnie po gębie. A po śmierci żyć bym mu nie dał!
Czarnowłosa kiwnęła głową ironicznie, wykrzywiając przy tym twarz w lekceważącym grymasie.
- Żeby mnie zrozumieć musiałbyś być gejem. – podsumowała i odwróciła się do demona plecami.
- Tez mi coś. – warknął nieprzyjemnie demon, łypnął na dziewczynę i ze zrezygnowaniem westchnął. „Przydatną rzeczą byłoby zrozumieć śmiertelne dziewczyny... A szczególnie tą jedną, co siedzi obok mnie.” – pomyślał ze zrezygnowaniem, a jego płomienne włosy wydały z siebie skwierczący syk, gdy spadły na nie pierwsze krople deszczu.

***


- Nie... nie mogę. – jęknęła Azmaria, patrząc z dachu budynku na błądzące po ulicach postacie. – Nie umiem ich oszukać. – dodała ze zrezygnowaniem, spuszczając głowę ze zrezygnowaniem. Evny skrzywił się na dźwięk tych słów, ale po chwili zaśmiał się ironicznie.
- Zawsze potrafiłaś to robić. No co z tobą, hę? – mruknął sarkastycznie. Azmaria nie odezwała się, tylko pokręciła głową przecząco, jakby chciała odgonić od siebie nieprzyjemne myśli. – Ed’a oszukiwałaś cały czas... on wierzył, że ty się zmieniłaś, że nie zabijasz tak często jak kiedyś... – kontynuował bez wzruszenia, chodząc wokoło białowłosej, która zaciskając mocno pięści, drżała lekko. – Jesteś homunkulusem, nie człowiekiem, zapamiętaj sobie!
- Nigdy tak nie mów! – przerwała mu gwałtownie, podnosząc znacząco głos. Łypnęła na niego złowrogo i założyła ręce na piersi. – Nie mogę kogoś zabić, zamiast oszukać?
- Nie. – odparł Envy. – Musisz przekonać mieszkańców wioski, że kamień leczy. Oczywiście, będzie leczył, ale tylko przez i na jakiś czas. Ludzie będą przekonani, że on im pomoże, więc zaczną go szukać, gdy się skończy. Plan jest banalny! – dodał po chwili beznamiętnie, ale w jego głosie dało się słyszeć zniecierpliwienie.
- Ale dlaczego wybrałeś ojca samotnie wychowującego dwie córki...? – szepnęła bez zdecydowania. Zielonowłosy zaśmiał się cicho.
- A dlaczego nie? – zamilkł na chwilę, po czym dodał: - To jak, poradzisz sobie, czy mam uznać cię za nic nie warte ścierwo i nasz układ dobiegnie końca?
Różno oka westchnęła cierpko i machnęła ręką na zgodę.
- Dobra, zrobię to. – mruknęła ledwo słyszalnie, spoglądając na ludzi chodzących po ulicach. Wydawali się tacy wolni i ociężali, jak by byli chorzy. Bo tacy w rzeczywistości byli. A ona, Azmaria, będzie musiała ich wszystkich oszukać, tylko po to, by znaleźć kamień. „Tylko”.
- Gdy już zrobisz, co do ciebie należy, wrócę i przekażę ci dalsze polecenia. – powiedział Envy obojętnie, po czym bezszelestnie pobiegł wzdłuż dachu i skoczył w stronę drzew.
- Ta... jasne... – westchnęła Az i zawróciła.

***


Ed przetarł oczy i podniósł się. Tym razem obudziło go donośne szczekanie psa, które w gruncie rzeczy wydawało się znajome, chociaż nie mógł go sobie przypomnieć. Jeszcze przez długą chwilę siedział w miejscu, ziewając i mrugając, próbując się rozbudzić, ale samo szczekanie wystarczyło, więc bez większego zastanowienia wstał i podszedł do okna.
Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Mimo, że był środek nocy, dokładnie trzecia pięćdziesiąt pięć, w świetle latarni stał... Gaikotsu. Dokładnie oświetlony, jakby celowo stanął w takim miejscu, by go dobrze widzieć. Gdy blondyn rozsunął zasłony, nie słyszał już szczekania, bo pies umilkł. Wpatrywał się w niego tymi swoimi dziwnymi oczyma, tak znacząco, że nie dało się tego nie zauważyć.
Ed odruchowo padł na ścianę i zsunął się po niej na podłogę. Wiedział, że Gaikotsu zniknął wraz z Azmarią, więc co ten pies mógł tu robić? Czyżby Azmaria zmieniła co do niego zdanie? Alchemik pomyślał chwilę, ale w końcu uznał to za wręcz niemożliwe. Az taka nie była, że zwierzęta nudziły jej się po krótkim czasie. Więc o co chodziło? Nie miał innego wyjścia, jak sam się przekonać.
Założył szybko spodnie, buty i płaszcz, po czym zszedł na dół i wybiegł przed dom, wprost do oczekującego Gaikotsu. Pies zamerdał ogonem, widząc Ed’a i zaraz jak ten przybył, zaczął się kręcić i cicho podszczekiwać, jakby chciał mu coś powiedzieć.
- Chcesz mi coś powiedzieć? – spytał blondyn, na co pies-zombie pokiwał głową. – Ale... nie wiem, nie mogę cię zrozumieć. – dodał po chwili ciszej. Gaikotsu zaczął wydawać z siebie ciche pomruki, aż w końcu blondyn usłyszał doskonale znane słowo:
- Az.
- Co z nią?! – krzyknął Ed, ale opamiętał się i w porę zniżył głos. – Co z nią? – powtórzył spokojniej, a pies szczeknął. Nie sposób było się z nim teraz dogadać. W końcu, czworonóg ruszył z miejsca i pobiegł wprost do domu. Ed szybkim krokiem podążył za nim.
- Oby nic jej się nie stało... – szepnął do siebie z nadzieją, ale nagle zwątpił w swoje słowa. Przecież Az nie chciała go teraz znać. Ale skoro przyszedł do niego Gaikotsu, musiało to coś znaczyć. Tylko co?

***


Lucyfer szedł powoli, w sporej odległości od idących z przodu Adelaide i lidera Akatsuki. Wcześniej mu to nie przeszkadzało, ale teraz czuł się dziwnie, tak jakby z boku. Tamci rozmawiali sobie w najlepsze, nawet nie wiedział o czym, a on musiał iść z tyłu, sam. Nie wiedział, dlaczego tak nagle zaczął się tym przejmować, ale irytowało go, że Adelaide go ignorowała, albo po prostu nie poświęcała uwagi. Drażniło go to.
- Hej, Lucyfer, idź do pokoju, dobra? Ja pójdę z liderem. – odezwała się nagle z uśmiechem, spoglądając na niego. Demon kiwnął głową obojętnie, zatrzymał się i zawrócił. Nie powinien zostawiać jej samej, ale to dało się nagiąć, gdy była z Pein’em, który był jedyną na świecie osobą, która, poza Lucyferem rzecz jasna, potrafiła chronić Aide. Ale w przeciwieństwie do demona, nie wiedział przed czym ma ją bronić.
Płomiennowłosy przeszedł jeszcze kilkaset metrów, po czym stanął w miejscu i pstryknął; nagle znalazł się w pokoju Adelaide, gdzie jak zwykle zajął miejsce na fotelu. Wyciągnął się na nim i wbił wzrok w zegar. Dla niego czas był bez znaczenia i mógł tak siedzieć godzinami, patrząc na poruszające się wskazówki. Właściwie, nie miał wyjścia – ponieważ nie sypiał, a Aide tak, wpatrywał się w zegar przez całą noc, dopóki ta nie wstawała.
Gdy minęło pół godziny, zaczęło go to już nudzić. Co innego, gdy Adelaide była z Pein’em, a co innego, gdy spała. Gdy przeczekał kolejne dziesięć minut, drzwi od pokoju wreszcie się otworzyły i do środka powoli weszła Adelaide, zatrzaskując za sobą. Ręką wycierała rozmazaną czarną szminkę.
- Pomyśl czasem o mnie. Może i nie jestem do końca człowiekiem, ale też potrafię SIĘ NUDZIĆ i CZUĆ. – warknął czarnooki, wstając. Przeszedł przez pokój i usiadł w kącie pod ścianą, a w jego rękach pojawiła się spora książka, płonąc przez chwilę.
- Co ci...? – spytała Aide z lekkim zaskoczeniem, ale demon nie odpowiedział.
- Powinnaś się domyślić. – szepnął ledwo słyszalnie, tym samym kończąc dialog.
komentarze [0]

"O. Nie żyje." >> piątek, 11 kwietnia 2008 22:39:14
Kiedy ladowal sie mylog zdazylam zjesc kawalek sernika! Ale dobra xD.

Wiecej w stanie napisac nie bylam, no i niezbyt wyszlo. I tak dedykacja dla mojej koooochanej siostry Sziny :3. Elo!


***



Lucyfer natychmiast zeskoczył z parapetu i przybrał bojową pozycję, a w tym samym z cienia w pokoju wyskoczył niski i gruby człowieczek z wywieszonym językiem. Jego oczy jarzyły się dziwnym blaskiem, który każdemu wydałby się dziwny.
- Co to jest...? – mruknął demon z kpiną w głosie. – Też mi coś!
- Lepiej uważaj, bo to homunkulus... – szepnęła Azmaria najgłośniej jak mogła, ale jej głos wciąż pozostawał cichy. Adelaide podniosła się i zgarnęła kilka swoich loków za ucho.
Gluttony szeptał coś do siebie chaotycznie, uśmiechając się nieprzyjemnie. Lucyfer machnął ręką, na co homunkulus zareagował szybko – rzucił się na płomiennowłosego i złapał jego dłoń w zęby. Czarnooki wyrwał kończynę z ogromną siłą, a po pokoju rozległ się odgłos łamania kości; Gluttony wylądował w kącie, ale nie minęła chwila nim się podniósł.
- Skurwiel prawie mi rękę odgryzł! – krzyknął Lucyfer ze złością i niedowierzaniem, otrząsając swoją dłoń ze śliny; rany od ugryzienia zagoiły się w nieprawdopodobnie szybkim tempie, a demon zgarbił się lekko i uderzył pięścią w otwartą dłoń.
- Adelaide, otwórz największe okno, szybko! – rozkazał. Czarnowłosa rozejrzała się po pokoju, ale jej wzrok znów przykuł atak homunkulusa; skrzywiła się odruchowo, widząc jak Lucyfer uderza go w prosto w szczękę. – Pospiesz się z łaski swojej, bo rozpieprzę cały ten budynek, a tego NIE chcę! – warknął, odrzucając Gluttony’ego na ścianę, z której po chwili odpadła część tynku.
Dziewczyna podbiegła do pierwszego lepszego okna, otworzyła je i odbiegła na bok, przypierając się plecami do ściany. Zaraz po tym, Lucyfer zamachnął się i uderzył homunkulusa w brzuch, do tego stopnia mocno, że tego wyrzuciło na zewnątrz. Demon wyskoczył za nim.

***


Gluttony po raz kolejny odnowił swoje ciało i łypnął ze złością na Lucyfera, który olewająco kręcił się wokoło szarego betonu płaskiegodachu z dłońmi w kieszeniach luźnej, czarno-czerwonej bluzy.
- Ciekawe, że nie jesteś demonem, a z łatwością się regenerujesz... – powiedział czarnooki, przekrzywiając głowę, po czym wystawił rękę i skierował ją w stronę Gluttony’ego. Jednak homunkulus był szybszy – ominął jaskrawozielony płomień i, tak samo jak na początku, rzucił się na demona, tym razem odgryzając jego dłoń w całości.
Lucyfer cofnął się o kilka kroków, kurczowo ściskając swój nadgarstek. Gluttony odskoczył na kilka metrów, pokazał, że w zębach wciąż ma dłoń przeciwnika i zamknął usta, zaczynając ją gryźć. Nie minęło kilka sekund, nim jego głowa eksplodowała na miliony małych kawałeczków. Lucyfer skoczył, uniósł wybrakowaną rękę do góry, a na nią spadła jego własna dłoń, trochę obśliniona i pogryziona, ale zawsze ta sama.
Bezgłowe ciało homunkulusa padło na ziemię i rozpłynęło się natychmiastowo. Płomiennowłosy nawet nie zauważył tego faktu – zajęty był dopasowywaniem swojej dłoni. W końcu z obrzydzeniem wytarł ją o spodnie i rozejrzał się ze zdziwieniem. Dopiero po chwili zorientował się, że na ziemi pozostały niezbyt przyjemne w wyglądzie szczątku Gluttony’ego.
- O. Nie żyje. – mruknął do siebie zdezorientowany, ale zaraz po tym wzruszył ramionami, odwrócił się i skoczył w dół wieżowca.

***


- Myślisz, że Lucyfer wygra? – spytała Az niepewnie, obracając swoją głowę na poduszce w stronę Adelaide.
- Pewnie. W końcu bez powodu Władcą Piekieł by nie został, prawda? - starsza z sióstr uśmiechnęła się delikatnie, pierwszy raz od wielu dni. Białowłosa odwzajemniła uśmiech na tyle, na ile pozwalał jej na to ból.
- Po sprawie. – usłyszały od strony okna, przy którym stał Lucyfer.
- Tak szybko? Jak go zabiłeś? – zdziwiła się Azmaria, na co demon się zaśmiał.
- Odstrzeliłem mu głowę. – odparł, przechadzając się po pokoju.
- To wszystko wyjaśnia. – mruknęła białowłosa. – Znak miał na języku...
Lucyfer posłał jej pytające spojrzenie, ale ona tylko pokręciła głową.
- Właśnie, siostra, jesteś głodna? Marnie wyglądasz... – odezwała się Adelaide, przerywając krótką ciszę.
- Nie wiem... z chęcią bym coś bym przegryzła... ale nie chce się narzucać... – wymamrotała nieśmiało Azmaria, ale czarnowłosa szybko jej przerwała:
- Wystarczyło przytaknąć. Lucyfer, skocz do restauracji po jakieś jedzenie.
- Nie. – odpowiedział demon. Aide posłała mu wymowne spojrzenie, ale on tylko wytłumaczył się: - Nie mogę cię zostawić.
- Masz problemy. Ja Azmarii nie zostawię samej.
- A ja ciebie.
- Okropny jesteś!
- Ty tak twierdzisz...
- Dobra, to idźcie razem, co? Mnie się nic nie stanie... Przynajmniej, na logikę, nie powinno... – przerwała im wciąż cicho Azmaria, na co czerwonooka kiwnęła głową niechętnie.
- Postaramy się wrócić jak najszybciej! – powiedziała Adelaide, wstała i oboje z Lucyferem wyszli z pokoju hotelowego.

***


- Adelaide. – odezwała się białowłosa, a jej siostra oderwała wzrok od ekranu laptopa i spojrzała na nią. – Zastanawiałam się nad tym trochę i... chyba powinnam już iść.
- Dlaczego? – zdziwiła się czarnowłosa i szybko zatrzasnęła klapę przenośnego komputera.
- Wiesz, stwarzam tu pewne zagrożenie... – zaczęła, ale widząc pytającą minę siostry kontynuowała: - To znaczy, skoro już mniej więcej zregenerowałam siły, jestem w stanie iść dalej. To znaczy... Mam ważną misję do wykonania, wiesz, od Alchemików... pewnie się martwią, że tak długo nie wracam. – skłamała szybko, ale ponieważ umiała to robić całkiem dobrze, miała nadzieję, że siostra się nie pozna.
- No, dobra... ale o jakim zagrożeniu mówiłaś? – spytała Aide podejrzliwie.
- Alchemicy wiedzą, gdzie jestem. Pewnie będą mnie szukać i jeśli na ciebie natrafią, to będzie źle. Wiesz, ta sprawa z Sakurą jeszcze nie ucichła, poza tym jesteś w Akatsuki... – powiedziała Az całkiem przekonywująco i z sensem, choć nie do końca prawdziwie.
- Dobra, dobra. Ale jesteś pewna? – czarnowłosa nie wydawała się być zachwycona.
- Tak, jestem pewna. – różno oka kiwnęła głową. – Czuję się lepiej, poza tym, wiesz jak to ja, poradzę sobie...
- A dziwiłam się, że ty nie w Akumu... trzeba było powiedzieć wcześniej, że na misji jesteś, czy coś. – Aide machnęła ręką i wyszła z pokoju, urywając nagle dialog. Azmaria usłyszała, jak rozmawia z Lucyferem po cichu, ale nie była pewna o czym.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo oddaliła się od swojej siostry.
komentarze [0]




Design by Szejd featuring Sziny.
Art by Orioto.
Akatsuki Leader aka Pein belongs to Masashi Kishimoto.
Characters | Add | Guest Book || Sziny's part of story

Chapters:


1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
43 i 44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
55 i 56
57
58
59
60
61
62
63
64
65
66
67
68
69
70
71
72
73
74
75
76
77
78
79
80
81
82
83
84
85
86
87
88
89
90
91
92
93
94
95
96

Adelaide Moreau © to Szejd. Azmaria Saito © to Sziny. Edward Elric © to Hiromu Akawa. Pein, Leader of the Akatsuki © to Masashi Kishimoto.
Story written by Szejd and Sziny.